Nanga Parbat to naga góra

W internecie tyle zdjęć tego, który się wspina i potrzebuje pomocy. Możemy mu spojrzeć w oczy. W źrenice. Do duszy. Człowiek potrzebujący pomocy staje się bezbronny. Nagi wobec tłumu, który pomaga komentuje, ocenia, hejtuje.
A pomoc kosztuje.
Wtedy, jak lawina, pada – był u z a l e ż n i o n y!
I wszyscy stają się ekspertami od uzależnień.
Według psychologów, w dzisiejszym świecie, można mówić o uzależnieniu całych społeczeństw. Każdy jest od czegoś uzależniony. Nie koniecznie od używek, ale też od otoczenia, partnera, sławy, pracy, wyglądu, sukcesu. Każdy ma swoją „Nangę”. Każdy od czasu do czasu odlatuje, żeby komuś coś dokazać, coś zakryć, do czegoś dotrzeć. Czasami wydaje mu się, że wspina się do tego co wzniosłe, choć w rzeczywistości tylko ucieka od tego, co słabe, brzydkie i wstydliwe. Odlatuje, żeby uciec od siebie. Ile osób, żeby wyrwać się od własnej przeciętności, przez całe życie kreuje wyidealizowaną projekcję samego siebie. Ile na wszelakich portalach wystylizowanych fotek, damskich i męskich. A niech widzą, jaki/jaka jestem. Och! Ach! Ile w tych pozach podchodów, żeby udowodnić sobie i innym, że są tymi, którymi nie są, i że nie są tymi, którymi są. Ilu męskich facetów przez całe życie ucieka od siebie, od rodziny, od rozmowy, od wyniesienia śmieci, od zadań domowych, bo telewizor, bo kumple, bo piwo, bo lepsze towarzystwo, bo ważne obowiązki, bo awans, bo „Nanga Parbat”. Ile kobiet udaje, że są szczęśliwe, choć w duszy bezgłośnie szlochają. Szukanie pomocy to wstyd, czyli zdrada własnych iluzji. Ile rodzin spłaca zaduże domy, zaduże samochody, za duże działki, żeby przekonać teściów, ciocie i wujków, że im się powodzi. Ile dzieci cierpi z powodu wygórowanych ambicji rodziców. Ile mitręgi wkładamy w oszukiwanie samych siebie, bo żeby oszukiwać innych, najpierw trzeba oszukać siebie.
Nieoszukiwanie bywa bolesne. Razem z maską zrywamy pancerz. Z duszy. A to boli jak cholera.
Nieraz też próbuję odrzucać materię. Od czasu, do czasu, coś we mnie samo się wspina. Dobrze, że zawsze miałam szansę powrotu. Do rzeczywistej oceny własnych możliwości i własnej sytuacji.
Raz spadałam wolniej, raz szybciej. Raz na łeb, raz na dupę. Naszczęście zawsze z niedużej wysokości. Czasami bolało bardziej. Czasami mniej. Ale boli zawsze, gdy robię rozrachunek z sobą, z moimi wadami, błędami. Gdy staję przed swoją duszą. Nagą, jak naga góra. I uczę się nie oceniać innych.
I. B.