Łankiejmy – albo o pierogach na śniadanie i o tym co płynie w Łynie

Łankiejmy – albo o pierogach na śniadanie i o tym co płynie w Łynie

Poznała nas nasza córka, która na Okęciu wypatrywała dzieci, z którymi mogłaby się pluskać w morzu w Grecji. W kurorcie rozpoznała Franka z lotniska a właściwie z Łankiejm. Łankiejmy, gmina Korsze, ani Warmia, ani Mazury, tylko Barcja. Wtedy nie miałam pojęcia, gdzie to jest.

W tym roku miejscowość obchodziła 650-lecie lokacji. W internecie obejrzałam filmik promujący wieś i okolicę, nad którą dominuje wysoka, gotycka wieża kościoła. Rozpoznaję ją, gdy samochodem zbliżamy się od Świętej Lipki. Jestem nastawiona na wypoczynek na łonie natury. Wszystkie komórki mojego ciała potrzebują kontaktu z przyrodą. Mam gigantyczny niedobór chlorofilu. W domu schowanym za pasem drzew zastaję to, co sobie wymarzyłam. Jest zielono i kolorowo. Park, łąka, kwiaty, warzywniak. Na obiad Ania podaje nam różowo-fioletowy chłodnik z warzyw z ogrodu. Równie smaczny jak i piękny. Zjadam dwa talerze. Czuję się odświętnie. Deser jemy na tarasie. Jest piękniej niż sobie wyobrażałam. Gospodarze mili, kwiaty kolorowe i morze zieleni.
Przed nami łąka, z lewej drzewa, z prawej za pelargoniami podłużne, niskie zabudowania. Nasze zainteresowanie wzbudza niewysoki osamotniony blok mieszkalny. Dlaczego tylko jeden? Dostajemy odpowiedź, że to biurowiec. Biurowiec? Brzmi dziwnie. Tak, w czasie PGR-u w biurowcu mieściły się biura, ośrodek zdrowia, świetlica, przedszkole. A przed wojną był tam browar. Browar? Tak, a obok były czworaki i rządcówka. Po dwóch chłodnikach i nie wiadomo ilu plackach ziemniaczanych mój mózg jest zbyt leniwy, żeby nadążyć na uderzającymi w niego odłamkami historii. Browar, rządcówka, PGR, PRL. Nie chłonę. Uzupełniam niedobory zielonego barwnika.
Na miejscu, w którym obecnie znajduje się dom naszych gospodarzy, przed wojną stał klasycystyczny pałac pruskiego rodu von der Groeben. Zdjęcia tamtego budynku oglądamy w książce napisanej przez miejscowego księdza Rafała Kocińskiego Kościół w Łankiejmach świadectwem ewangelickiej i katolickiej tradycji artystycznej. W 1945 roku pałac został zbombardowany przez sowieckie lotnictwo. Ruiny przetrwały do lat 60-tych wraz z tablicą upamiętniającą Wilhelma Ludwiga, rycerza Zakonu Joannitów, który przekazał część dochodu dla służby pracującej w majątku a w testamencie zobowiązał następców do wspomagania pracowników dworu. Co się stało z właścicielami pałacu w 1945 roku, tego tutaj nikt nie wie. Wiadomo, że ich potomkowie żyją w Niemczech. Założyli fundację von der Groeben. Kiedyś nawet pojawili się w Łankiejmach, ale do wsi nie wpłynęły żadne pieniądze. Za to wpłynęły do sąsiedniego Łabędnika. Tam zachował się pałac. W internecie można znaleźć informacje o spotkaniach z von der Groebenami w Gdańsku, w Bartoszycach, w Łabędniku. Patrzę na stare drzewa. Pamiętają dawne dzieje. Przetrwały historię. Przechowują pamięć tych miejsc. Co by powiedziały, gdyby umiały mówić. Może lepiej, że nie mówią. Teraz możemy czerpać z nich zieloną moc. Drzewa, które oddzielają dom od drogi, to resztki dawnego parku dworskiego. Dom, w którym się znajdujemy zbudowano w latach 60-tych dla dyrektorów PGR-u. Janusz opowiada, że pracujący tu robotnicy mówili o wielkich głazach, które musieli usunąć, żeby mogli zbudować fundamenty pod dom. Oprócz kamieni wykopano też dużą skrzynię, ale jeden z dyrektorów1 kazał ją załadować na traktor i tyle ją widzieli. Jakiś czas ziemia wyrzucała resztki kafelków, filiżanek. W końcu przestała. Nasi gospodarze nabyli dom dopiero w latach 90-tych, wraz z nadejściem kresu epoki PGR-ów. Mówi się o podziemnym przejściu pomiędzy pałacem a kościołem, prawdopodobnie jeszcze z czasów, gdy w Łankiejmach w miejscu pałacu stał zamek. Ale to zbyt daleka historia. Nie pytam o lochy, duchy, białe damy. Chcę się spokojnie wyspać.
Zdjęcie aktu lokacyjnego, w odpisie z XVI w. znajduję w książce ks. Rafała. Widniej na nim data 23. 05. 1367 r. Członkowie żyjących tu rodów pełnili wysokie funkcje na dworze królów Rzeczypospolitej, Martin Sigismund Truchsess von Wetzhausen był szambelanem na dworze Władysława IV, Johann Dietrich od 1670 pełnił służbę u króla polskiego, podobnie jak jego ojciec Albrecht, również Heinrich Wilhelm von der Groeben był na służbie na dworze Jana III Sobieskiego i uczestniczył w wyprawie bukowińskiej Stanisława Jana Jabłońskiego w 1685 oraz w kampanii mołdawskiej Sobieskiego w 1866 roku, dowodził obroną twierdzy Biała Cerkiew. To on wybudował pałac w Łankiejmach. Teraz jesteśmy goszczeni na jego terenie. Po królewsku.
Wieczorem wychodzimy na spacer. Mijamy Wesołą Polanę, na której obchodzone było 650-lecie Łankiejm. Za boiskiem do piłki nożnej, na którym Mariusz trenuje Tytan Łankiejmy, góruje wzgórze. Marta mówi, że znajdowała się tam krzyżacka strażnica. I że rosną piękne stare drzewa. Próbujemy przedrzeć się przez wyższą od nas roślinność. Wszystkie drogi na wzgórze szczelnie zamykają krzaki i chaszcze. Rycerze? Boimy się kleszczy. Rezygnujemy. Wzgórze pozostaje dla mnie tajemnicą.
Następnego dnia na śniadanie jemy pierogi z jagodami, z miejscowego lasu. Jeszcze nigdy nikt nie robił specjalnie dla mnie pierogów na śniadanie. Muszę to uczcić. Zjadam dwa talerze. Po śniadaniu idziemy do kościoła. Proboszcz Wiesław zgodził się otworzyć go specjalnie dla nas. Z zewnątrz kościół przypomina zamek krzyżacki z prostokątną warowną wieżą. W środku jest zaskakująco mały. W kruchcie zdjęcia parafian w strojach z epoki sprzed 650 lat. Kamienna chrzcielnica. Pytamy o najstarsze zabytki. Gotycki krucyfiks w ołtarzu głównym, główny ołtarz, ambona, empora muzyczna z organami. Do empory przyczepiono kasety wyobrażające starotestamentalnych proroków. Wchodząc do kościoła zauważyłam, że znajdują się pod nimi złocone napisy: Prorok Joel, Prorok Abdiasz, Prorok Jonasz, Prorok Micheasz, Prorok…. Tylko centralnie nad wejściem jest inny napis, urywek z Biblii w języku niemieckim. Nie chcę przerywać. Zostawiam to sobie na później. Proboszcz wyjaśnia, że polskie napisy z imionami proroków pojawiły się po wojnie. Zasłonięto nimi pierwotne napisy w języku niemieckim. Z kasety, gdzie widnieje niemiecki napis, spadła podczas podniesienia na mszy prymicyjnej ks. Rafała – autora książki o dziedzictwie kulturowym Łankiejm, zasłaniająca go tabliczka z polskim napisem. Cud? Podziękowanie dawnych patronów kościoła? Trudno powiedzieć. Ale jest o czym opowiadać.
Na organach miejscowy artysta pomalował pucułowate aniołki buszujące w jaskrawo zielonych liściach. Soczysta zieleń sprowadza kościół z dawnych epok do współczesności. Z dworu na wieś. Do ludu. Korespondują z emblematami serca Pana Jezusa i Matki Boskiej w kolorze niebiesko-zielonym na bocznych ołtarzach. Dwa ołtarze boczne ołtarze zrobiono w ramach odprotestantyzowania świątyni. Z rozebranej empory bocznej ze stallami dla dawnych właścicieli ziemskich. Jak pisze ks. Rafał empora stała wzdłuż południowej ściany i była najcenniejszym zabytkiem w kościele. Wykonane z niej ołtarze miały bardziej oddawać katolicki charakter świątyni. I oddają.
Na południowej i północnej ścianie niedawno zrobiono dodatkowe nowe ołtarze z boazerii. Boazeria po lewej stronie zasłania barokową kratę symbolizującą protestanckie przejście pomiędzy doczesnością a wiecznością. Nad ołtarzem pozostało tylko epitafium jednego z dawnych patronów świątyni, tego, który był szambelanem Władysława IV Wazy. Interesują nas miejsca pochówku właścicieli pałacu. Nie wiadomo, gdzie się znajdują. Gospodarze snują domysły, że prawdopodobnie w kruchcie. Mąż twierdzi, że raczej przed ołtarzem, wmurowane w posadzkę. Książka to potwierdza. Znajdowały się przed ołtarzem, ale zostały stamtąd usunięte, gdy w kościele zainstalowano ogrzewanie. Poprzednik obecnego proboszcza oddał epitafia do lapidarium w Kętrzynie. I już nie wróciły. Nawet gdyby wróciły, nie ma funduszy, żeby mogły zostać godnie wyeksponowane. Parafii na to nie stać.
Pytamy o przedwojenne wyposażenie kościoła, o naczynia liturgiczne. Proboszcz pokazuje odnowiony kielich mszalny. Inne naczynia zniknęły. Po wojnie zostały niektóre elementy wyposażenia przeniesione do bardziej zniszczonych kościołów w okolicy i już do Łankiejm nie wróciły.
Ksiądz Wiesław wprowadza nas na chór. Oglądamy przedwojenną fisharmonię z niemieckimi napisami. Obok leżą zakurzone korpusy aniołów. Nie wiadomo gdzie się znajdowały. Zastanawiam się czy wejście na wieżę jest bezpieczne. Proboszcz mówi, że spokojnie. Rok temu wchodził fachowiec, który miał uruchomić zegar na wieży. Co prawda od tamtej pory się nie pojawił, chociaż twierdził, że mechanizm jest w dobrym stanie i można go będzie uruchomić. Zresztą parafia i tak nie ma funduszy na ratowanie niemieckiego dziedzictwa. Wchodzimy na pierwsze piętro. Spoglądamy na zniszczone miechy dawnych organów. Królestwo pajęczyny. Wyżej prowadzą tylko drewniane schody. Podejście jest coraz trudniejsze. Wojtek i Marta się wycofują. Mnie to fascynuje. Idę dalej. Kontempluję bezwładnie leżące wskazówki zegara. Wyglądają jak ostro zakończone łopaty do pieca chlebowego. Drewniane części przypominają warsztat tkacki. Bez przędzy. Śpią pod grubą kołderką kurzu. Może śnią o tym, co było, lub o tym, co będzie. Kto to wie, o czym śni zegar. Może zna przyszłość. A może się cofa po cichu. Wraz z proboszczem wchodzę na kolejne piętro. Na wysokość dzwonów a właściwie jednego dzwonu, ponieważ dwa pozostałe zostały zdjęte podczas wojny. Gdy jesteśmy już z powrotem na dziedzińcu kościoła, proboszcz wyznaje, że nigdy nie wszedł tak wysoko. Gdy wspinaliśmy się byłam przekonana, że wchodzi na wieżę co najmniej raz w miesiącu.
Zboku od strony dawnej kaplicy grobowej rosną się trzy młode dęby. Na wielkim głazie widniej informacja, że to dąb pamięci. Uczniowie miejscowej szkoły zasadzili go w 2010 roku w ramach akcji „Katyń… ocalić od zapomnienia” dla uhonorowania Filipa Krasuckiego, jednego polskich oficerów zamordowanych w Twerze. Obok dębu pamięci sołtys posadził swoje dwa dęby. Więc stoją trzy. Jeden z tablicą i dwa bez. Tutaj Łankiejmy mają swoje miejsce pamięci. Ponad konarami dębów, po przeciwnej stronie ulicy widniej różowy napis Gasthaus Langhaim. Napis pojawił się podobnie, jak tablica z niemieckim napisem w kościele, gdy opadł z niego niedbale położony tynk, który zasłaniał go przez wiele lat.
Na przeciwległym wzgórzu znajduje się cmentarz. W głębi na kilku krzyżach pod drzewami zachowały się zardzewiałe tablice z niemieckimi imionami i nazwiskami. Żadne z finezyjnych ogrodzeń wokół grobów dawnych mieszkańców nie jest całe. Wszystkie są powyłamywane. Jak stół z powyłamywanymi nogami lub drabina z powyłamywanymi szczeblami. Bo szedł Sasza suchą szosą. Albo mokrą. Dlatego zegar stoi. Sasza zlikwidował granice między tym co było a tym co jest. Teraz wszędzie można wejść. Nawet do nagrobków, które stoją jak puste wanny. Albo to szczerzy zęby szczerbata kostucha. Wypadła jej plomba. I zegar się zatrzymał. Na zamszonej płycie odczytujemy imię Amande. Pięknie zaokrąglone litery. Dziewczęce. Może miała piękny charakter pisma. Nie kanciasty jak szwabacha. Została tu osamotniona. Może miała szczęście, że zdążyła odejść, zanim musiałaby uciekać. Mogłaby nie zdążyć. Mech wypełnia wyżłobione w kamieniu litery. Tutaj matka natura osłania nagą płytę. Włącza w obieg wszechświata to, co pozostało tutaj niczyje. Według Andrzeja Stasiuka opuszczone groby są wyznacznikiem kategorii Wschód. Choć to Ziemie Północne.

Pytamy, czy istnieje jakiś przekaz o tym, co było przed 1945 rokiem. Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że Krzyżacy zbudowali warowne kościoły w tych małych miejscowościach. Jakby między 1945 a Krzyżakami wyparował czas. Przypominam sobie, że po drodze mijaliśmy Spychowo z ulicą Juranda. No tak. Pomiędzy 1945 rokiem a Krzyżakami był Sienkiewicz. Podobnie jak w Częstochowie. Ulice wokół Jasnej Góry też noszą imiona jego bohaterów. Tam panowanie Sienkiewicza było krótsze, bo od 1945 tylko do potopu szwedzkiego.
W PGRze wszyscy byli napływowi. Jedni z Podlasia, inni z centralnej Polski, jeszcze inni z Wilna. Babcia pamięta czasy wojny, noszenie jedzenia do lasu dla partyzantów i mordy dokonywane przez hitlerowców na ludności cywilnej. Pamięć sięga do miejsc, z których pochodzą. Tutaj w państwowym gospodarstwie rolnym ludzi łączyły nowe perspektywy. Państwowe gospodarstwo rolne było postępowe. Wszyscy patrzyli w przyszłość a jeśli powracali ku przeszłości, to tej swojej. Nie mogli wspominać przeszłości tych, których już tutaj nie zastali. Logika. Może we wsi ktoś wie. Wszystkich nie pytałam.
Obok cerkwi w sąsiednim Reszlu w 2007 r. umieszczono tablicę upamiętniającą Ukraińców przesiedlonych z Podkarpacia na ziemie zachodnie. Tych, którzy musieli pozostawić „ukochany kraj i szczęśliwe dni” by stali się „obcymi na obczyźnie”. Dawną pamięć miejsc zastępuje nowsza. Pamięć innej zbiorowości, którą też integruje pamięć ofiary. Własna pamięć jest najważniejsza. Tkanki łącznej brak. Resztę wypełnia natura. Zieleń wnosi życie, tam, gdzie się zatrzymało. Na dachach małych miejscowości, w nazwach których mnoży się od polskich głosek rz, ż, ą i ę, gnieżdżą się bociany – symbole naszego kraju. Dzierżążnik!
Następnego dnia jedziemy na kurki do lasu wzdłuż granicy z Obwodem Kaliningradzkim. W oddali. W dużej oddali, widać ciemny, milczący las po rosyjskiej stronie granicy. Jest godzina 6.00. W naszym lesie błoga cisza. Miękki mech wycisza kroki. Czuję się jak w świątyni. Rok temu ziemia dudniła od wystrzałów podczas manewrów w Obwodzie. Teraz panuje cisza. Na krzaczkach sierść. Może wilka, może dzika. Nie znam się. I nie czuję obaw, żeby przyszedł. Dawno nie chodziłam po lesie. Chłonę tę pogodę leśnej gęstwiny. To mi wystarcza. Nigdy nie umiałam zbierać grzybów. Nigdy ich nie widziałam. Teraz one mnie znajdują.
Po południu płyniemy katamaranem po rzece Łynie. O Łynie wiem tylko tyle, ile nam powiedziała miła pani przewodnik w zamku w Lidzbarku Warmińskim, gdy pokazywała ustronne miejsce nad Łyną, zbudowane tak zmyślnie zbudowane przez dawnych budowniczych biskupiego pałaca, żeby ekskrementy mogły wpadać wprost do rzeki. Musieliśmy je obejrzeć wszak zasiadał tam sam książę polskich poetów. Krasicki! Dziś nie obchodzi mnie, co wpada do Łyny. Rzeka wygląda zielono i dziewiczo. Trochę pada. Deszcz. Zieleń nabiera bardziej zielonego koloru. Zielona rzeka. Zielone sitowia. Świat jest zielony. W zatoczce para łabędzi z szarymi łabądkami. Z daleka też wydają się zielone. Gdy podpływamy bliżej ojciec zapędza matkę z dziećmi głębiej do zatoki a sam groźnie rozpościera skrzydła. Patriarchat? Natura? Instynkt? Rozum w małej główce wielkiego ptaka? Łabędnik! Właściciel katamaranu opowiada o rybach na Bornholmie i bobrach, których tamy zatapiają tutejsze lasy. Mówi, że najlepszym sposobem na przepędzenie bobrów na inne miejsce jest ludzki mocz. A jednak.
W oddali na brzegu pojawiają się słupy graniczne.
Polski i rosyjski.
Nie wolno ich fotografować!
Nie można się zbliżać!
Nie wolno wysiadać!
Rzeka płynie dalej…
My zawracamy.

©Irena Bilińska

P.S.
Po napisaniu tekstu dowiedziałam się, że niedawno powstała grupa, której przewodniczy proboszcz ks. Wiesław. Jej celem będzie opieka nad przedwojennymi grobami i ich stopniowa renowacja. Trzymam kciuki.

Twarze

Twarze

Koncert utworów młodych kompozytorów z krajów Grupy Wyszehradzkiej. Wszystkie utwory zostały napisane specjalnie na tę okazję. Jako data powstania przy wszystkich widnieje 2017 rok. Trochę mnie niepokoi, czy moje uszy i nerwy zniosą aż taką nowoczesność. Dyrektor festiwalu Warszawska Jesień mówi o związkach między muzyką a polityką. Wzbudza tym jeszcze większe moje wątpliwości.
Koncert rozpoczyna utwór młodego polskiego kompozytora Karpaty. Dzieło imponuje odwołaniami do wyszehradzkich motywów. Nowoczesność przeplata się z folklorem ziem górskich. Laurka. Nie przepadam za góralszczyzną w muzyce klasycznej. Raduje mnie, że to dzieło, może i wielkie, nie nadwyrężyło mojego wewnętrznego spokoju. Kolejno utwór młodego czeskiego kompozytora: Raindrops on Plastic Rooftops. Rzeczywiście tak to brzmi. Oglądam złocenia na ścianach Sali Balowej Zamku Królewskiego. Autorką następnego dzieła jest kobieta. Jana Kmiťová, Słowaczka z Preszowa, która mieszka w Wiedniu. Z opisu utworu widać, że potrafi pisać z dużą swobodą. Jest autorką poezji. Utwór muzyczny nazwała Gesichsstudien, nawiązując do wystawy autoportretów Rembrandta, na których artysta przedstawiał różne odsłony własnej twarzy. Ona poprzez muzykę chce wyrazić emocje, jakie pozostawiły w niej napotykane twarze.
Mocne, wyraziste dźwięki wrzynają się w mózg, wibrują. Muzyka wbija mnie w fotel. Przed moimi oczami pojawia się galeria zmarszczkami przeoranych twarzy, która przesuwała się co roku w Wielki Piątek w rzepiskim kościele, w kierunku adoracji krzyża. W domu mama później mówiła, jacy ci ludzie są spracowani. W ostatnią Wielkanoc też czekałam na taką galerię. Ale jej nie zobaczyłam. Ludziom żyje się lepiej. Szły spokojne, gładkie twarze. Widzę twarz mojego dziadka. Stanowcza, wzbudzająca respekt. Blada twarz babci z liśćmi kapusty na karku. Miały zbijać ciśnienie. Na starość chorowita, choć w młodości silna i dzielna. Twarze w albumach mamy. Uśmiechnięte na zdjęciach weselnych i smutne na pogrzebowych. Mama z wysoko upiętym kokiem. Tylko wieczorami rozpuszczała długie kasztanowe włosy. Malutkie zdjęcia ze mną-bobasem. Z uśmiechniętą twarzą. Klasowe zdjęcia. Najczęściej bez mojej twarzy. W dużych okularach nie czułam się fotogeniczna. Chowałam się za twarzami kolegów. Własną twarz odkryłam dopiero na zdjęciach ze studniówki. Ładna, bez okularów, za to w dziwnych lokach. Taka była moda. Obojętne twarze w Bratysławie. Obce. Przebojowe twarze koleżanek. Dobrotliwa twarz ciotki Eleny. Z Trybsza. Twarz profesorki Urbancowej od romantyzmu. Dawno odeszła. Romantyzm pozostał. Twarze poważne i odpychające. Elektryzujące i bezczelne. Twarze przyjaciółek, serdeczne i wyrozumiałe. Okrągła twarz bezdomnego, z charakterystycznym głosem. Sprzedawcy gazet. Twarze narkomanów na Rovniankovej. Twarz mamy, zatroskana, ale dumna. Twarz taty, wiadomo, że sobie poradzisz. Twarz, która zmieniła wszystko. Delikatna twarz dziecka. Najcudowniejsza na świecie. Dobrotliwa twarz siostry od sztuki karmienia piersią. Smutna twarz pani Niny w Kiszyniowie. Robiła piękne róże z pożółkłych liści klonu. Piękna twarz dziewczyny w różowym dresie, żebrzącej z dzieckiem na schodach rzymskiego metra. Twarz z biegnącym pistoletem przy dworcu Termini. Nadęta twarz ciecia na eleganckim rzymskim osiedlu, który patrzył na nas z góry. Szeroka twarz fryzjera Dina, który robił mi najlepszy castagna miele na włosach i nie przyjmował do wiadomości, że gdzieś mogą być piękniejsze targi świąteczne niż w Neapolu. Wielkie mózgi bez twarzy w garniturach. Pulchne twarze w sutannach. Antyterrorysta, który szkolił, żeby twarzom nie patrzeć prosto w oczy. Facet z twarzą-maską w eleganckim lwowskim hotelu i ochroniarzami w czarnych koszulkach z napisem Masakra. Radosne twarze Tatarów w Bachczysaraju. Pomięte twarze facetów ze złomem na warszawskiej Pradze. Najszczęśliwsza twarz Krysi malarki. Drugi raz się urodziła, gdy urodziła dziecko. Choć prawie nie żyła. Melancholijna twarz wspaniałej matki, żony przystojnego męża. Niespokojna twarz lektorki, która uciekła ze swojego miasta rodzinnego, ale każdą wypowiedź zaczynała od słów But in Kirowograd… Twarz Helgi, która straciła najpierw córkę, potem męża, potem córkę. Drobniutka twarz Trudi, która nie zdradziła mężowi mrocznych tajemnic z dzieciństwa. Gdy zmarła, on opiekował się studentami z Ostbloku, bo nie miał własnych dzieci. Twarz Gajane, która pamiętała o skutkach ubocznych wszystkich leków naturalnych i syntetycznych i dbała o wszystkich, tylko nie o sobie. Pogodna twarz skrzypaczki Ewy, która zna mnie od dziecka i udziela mądrych rad. Skupione twarze kobiet, życzliwych życiowych akuszerek. Uśmiechnięta twarz babci Ani. Królewska twarz Ani, której babcia jeździła fordem a ona ma psa Forda. Szczera twarz Karoliny, która zawsze wie, kiedy rzucić koło ratunkowe. Dydaktyczna twarz Irminy.
Zastygłe twarze.
Twarz Marii. Niepokojąca twarz szmacianej lalki w pokoju z łóżkiem matrimoniale w domu Hannibala pod Wenecją obok czarno-białej fotografii syna, który zginął w młodym wieku. Pożółkła, stężała twarz Bolka, lekarza ze Lwowa, którego po śmierci pochowano w grobie matki, żeby byli razem, bo cała rodzina wyjechała do Polski.
Delikatne, pojedyncze uderzenia.
Przejście.
Spokojna twarz mojej mamy. W trumnie.
Koniec.
Cisza.
W pierwszym rzędzie młody węgierski kompozytor rozgląda się po sali, czy będą oklaski.
Będą.
Niech tylko spokojnie odejdzie ostatnia twarz.

moja prababcia Maria w USA, początek XX w.

 

Irena Bilińska

Tajemnicza republika

Tajemnicza republika

            Wśród gości hotelu na greckim półwyspie dominują Polacy, Serbowie, emigracyjni Rumuni, którzy udają Niemców oraz rdzenni Ukraińcy i Rosjanie, którzy udają, że ich nie ma. Polacy i Serbowie nie muszą udawać. Serbki wykrzykują na dzieci, klapsami wskazują im miejsce przy stole i w rodzinie. Polacy piją ouzo z sokiem grapefruitowym i łamanym angielsko-niemieckim bratają się z ratownikiem.

Między leżakami przechadza się przystojny Serb z wytatuowanym na klacie obrazem świętego w typowo wschodnim nakryciu głowy, w czerwonym kolorze. Może to św. Jerzy, bo na ramieniu Serba wije się również czarny smok. Blady Ukrainiec z twarzą filozofa i zwichrzoną brodą, kąpie się z grubym, drewnianym różańcem na szyi. Po kąpieli wraca do rodziny, czwórki drobnych dzieci i wielkiej żony, wyglądającej jak jego matka. Może to jego matka. Wielki  drewniany różaniec wisi też na szyi Rosjanina. Polskie dzieci wykrzykują w basenie. Szczuplutkie rosyjskie i ukraińskie dziewczynki, bez słów, podskakują w rytm wyuczonych kroków baletowych.

                  Nie ma długiego nocnego życia. Wieczorami goście szybko rozchodzą się do pokoi. Podczas kolacji tylko pod jednym rosyjskim stołem stoi butelka. Od czasu do czasu nalewają wódki do szklanek i bezdźwięcznie stukają się nad stołem. Odnoszę wrażenie, że mężczyźni czasami gdzieś znikają a na plaży, pozostają jedynie kobiety z dziećmi, ale nie zastanawiam się nad tym. Bardziej interesuje mnie ta ostentacyjna manifestacja wiary. Wcześniej nie widziałam nikogo, kto na torsie miałby wyrytego patrona, lub kąpał się z różańcem. Próbuję znaleźć wytłumaczenie, czy to po prostu wiara, czy jeszcze coś innego?
Gdy dowiaduję się o możliwości rejsu wzdłuż wybrzeży półwyspu Athos, zapisuję się bez namysłu. O tajemniczej republice prawosławnych mnichów na trzecim chalcydyckim palcu wiem niewiele. Wiem natomiast o zafascynowaniu słowackich romantyków autonomicznym, prawosławnym państwem czarnogórskim, które przetrwało, wysoko w górach, przez czterysta lat, podczas tureckiego panowania na Bałkanach. Zastanawiam się, czy Słowacy mogli wiedzieć o państwie mnichów na Athosie. Może byłaby to idealna forma państwowości dla działaczy, którzy   byli tak oddani sprawom narodowym, że postulowali życie w celibacie, a jedyny ratunek przed węgierskim nacjonalizmem widzieli w przyjęciu prawosławia i cyrylicy.
Wypływamy z malowniczego Ouranoupolis. Statek nie może zbliżać się do wybrzeży półwyspu, bo na pokładzie są kobiety. Gdybym była mężczyzną, mogłabym ubiegać się o pozwolenie na wjazd, ale nie jestem, więc mogę się tylko przyglądać i to z daleka. Mijamy mur, który oddziela tereny autonomicznego państewka od właściwej Grecji. Płyniemy obok Dafni, punktu granicznego, jedynej bramy, która prowadzi do Autonomicznej Republiki Góry Athos. Na brzegu widać budynki administracji granicznej, do których nie prowadzi żadna droga lądowa. Do zamkniętego państwa na greckim półwyspie można tylko dopłynąć. Morze, które z trzech stron obmywa półwysep, niczym potężna fosa oddziela teokratyczne państewko od świata. Obok naszego statku pojawiają się delfiny. Z zachwytu nad tymi pięknymi ssakami, które z łatwością unoszą się nad wodą, wyrywa mnie głos pilotki, kierujący uwagę pasażerów w stronę lądu, gdzie mijamy pierwsze zabudowania klasztorne. Możemy zobaczyć osiem, z dwudziestu głównych klasztorów, oraz pojedyncze zabudowania mieszkalne i gospodarcze. Niektóre klasztory wyglądają jak eklektyczne twierdze, inne jak misterna układanka z kolorowych klocków lub drewniane alpejskie gasthausy, które z wysoka przeglądają się w morskim lustrze, jeszcze inne jak włoskie castelli, małe kamienne miasteczka, przylepione do skał. Tylko rosyjski monastyr z zielonymi kopułami, wygląda, jak rosyjski monastyr.

Dla mnie najpiękniejsze są te, które położone są najbliżej wyrastającej z morza, świętej dla prawosławnych, góry Athos. Góra jest końcem państewka, wygląda jak oś łącząca niebo z ziemią. Cudownie niebieska, z oddali wręcz przeźroczysta, z bliska twarda i pewna, niczym przysłowiowy kamień węgielny. Ma 2300 m n.p.m. mniej więcej tyle, co Rysy, ale poprzez sąsiedztwo z karłowatym półwyspem, stwarza wrażenie znacznie wyższej. Dominuje nad krajobrazem i nad wyobraźnią. Dla wierzących może być wykrzyknikiem boskości, metaforą różnicy między niebem a ziemią. Zgadzam się, że piękno, wielkość i tajemnicza niedostępność tego szczytu może wprowadzać co najmniej w stan zadumy, uwielbienia.
Głos pilotki sprowadza mnie na ziemię. Słyszę, że zręby najstarszych klasztorów pochodzą z X w., że przez wieki były grabione, palone i odbudowywane, bo legendarne bogactwa przyciągały nieszczęścia. Dowiadujemy się o wielkich bibliotekach, cudownych ikonach, o relikwiach świętego Krzyża i wyliczanych, ze średniowieczną dokładnością, częściach wielu świętych.

święta góra Athos

Na półwyspie żyje ok. 2 tys. mnichów i 2 tys. świeckich rodzaju męskiego, czyli mężczyzn-studentów, którzy studiują na dwóch tutejszych uniwersytetach, mężczyzn-robotników, mężczyzn-rolników, uprawiających ziemie klasztorne i mężczyzn-turystów.
Z mitologii wiem, że dla niektórych greckich wysp, typowe były społeczeństwa jednorodzajowe, ale ich racje bytu można oceniać tylko z perspektywy literacko-mitologicznej. Zastanawiam się, jak w dzisiejszym świecie może wyglądać życie w państwie bez kobiet, gdzie zamiast o przyroście naturalnym, można mówić tylko o śmiertelności i nieśmiertelności? Dlaczego cały półwysep znalazł się za klauzulą? Czy gwarancją czystości ciała i myśli może być eliminacja kobiet nie tylko z najbliższej okolicy, ale i z horyzontu? Czy to dlatego, że kobieta jest bardziej grzeszna, bo Ewa zerwała jabłko? A jabłko to problem? Czy dlatego, że kobieta to ciało a mężczyzna to duch? Kobieta to zgiełk a mężczyzna to cisza? Przypomina mi się historia z czeskiego filmu, gdzie cesarz rzymski narodu niemieckiego, według Czechów, narodu czeskiego – Karol IV – próbował  zamknąć zamek Karlštejn, niedaleko Pragi, przed kobietami, aby w ciszy kontemplować relikwie świętych i oddawać się modlitwie, ale mu nie wyszło. To, co w Czechach nie mogło się udać, na Athosie trwa. Nie mogę tego ogarnąć, mnożą się pytania, tajemnica staje się wielowymiarowa. Kategoria czasu też jakby zaczynała tracić na ważności. Granice są niby ostre, ale i płynne. Lekkie kołysanie statku potęguje poczucie panta rei. A może to kwestia religii? Może ma to coś wspólnego z dziewiętnastowiecznym przeciwstawianiem religii prawosławnej i zacofanego, ale według ideologów, zdrowego i religijnego słowiańskiego świata, Zachodowi, utożsamianemu ze światem i świeckością. Bardziej rozwinięty Zachód, przedstawiano jako zgniły i zepsuty, od którego trzeba się odwrócić i odgrodzić. Czy w tym przypadku kobieta to grzeszność, bo kobieta to światowość, nowoczesność?
               Próbuję przyrównać Republikę Mnichów do Państwa Watykańskiego, ale nie mam co porównywać, bo o Watykanie wszyscy wszystko wiedzą. Wszyscy są ekspertami od Banku Watykańskiego i czerwonych butów papieża, bo Watykan jest otwarty, każdy możne wejść do bazylik, muzeów, zajrzeć w okna i każdy może sobie zabrać stamtąd to, co odpowiada poziomowi jego religijności, wiedzy, poczucia estetyki i kultury. A Athos to granica i tajemnica.
A może to namiastka czyśćca dla mężczyzn, próba pokory? Zawsze mnie oburzało, gdy widziałam, jak zakonnice, usługując księżom, w ciszy i pośpiechu, gotują, szorują i zmywają stosy naczyń w zlewach przypominających żłoby. A tutaj szorują, gotują, obierają i zmywają mężczyźni. Kobiety co prawda nie mogą być ich gośćmi, ale nie muszą im też służyć. Gdy nie ma kobiet, jest  mniej powodów, żeby się puszyć, nadymać, rywalizować.
Może to jednak przedsionek raju. Tylko księgi, pisma, filozofowie, kontemplacja, ikony, oświetlone woskowymi świecami, wspaniałe sanktuaria, nigdy niekończąca się liturgia. Przypuszczam, że z każdego miejsca na półwyspie widać świętą górę, która w świadomości mnichów, jak drabina ze snu Jakuba, łączy zielone wzgórza z niebem. Może tam faktycznie panuje tylko modlitwa i ascetyzm?

Wśród drzew, między wzgórzami pojawiają się fragmenty drogi i pojedyncze samochody. Terenowe. Na statku pijemy wodę z etykietkami Athos. Na wzgórzach widać gaje oliwne, winnice. Ktoś mówi, że na Athosie lubił spędzać czas były prezydent Ukrainy. Ja nie mogę oderwać oczu od potężnej góry. Góra i morze. Przypomina mi się Krym, Sudak, Jałta, teraz równie niedostępne, jak ta święta góra. Nie dziwi, że w 1912 r. Rosja chciała uczynić Athos terenem „neutralnym”, pod opieką krajów, w których dominuje prawosławie.
Gdybym na statku wypożyczyła lornetkę, może w gęstej zieleni zobaczyłabym coś więcej. A może nie, bo patrzę przez pryzmat własnej kultury, religii, tradycji, a tutaj potrzebny jest inny punkt odniesienia, którego ja nie mam. A może to tylko fatamorgana, halucynacja w wyniku upału, bo dlaczego, gdy zaczynamy się oddalać, góra znowu staje się przeźroczysta a wokół statku pojawiają się delfiny, niczym przewodnicy po dziwnej krainie wyobraźni.
Wracając z lotniska do domu, słyszę w radiowej „Jedynce”, że polscy wyznawcy prawosławia modlą się na św. Górze Grabarce wraz z mnichami z półwyspu Athos, którzy  przywieźli do Polski relikwię – dłoń św. Marii Magdaleny. A więc to jednak była prawda.

© Irena Bilińska

Alarm w szkole w Czarnej Górze

Alarm w szkole w Czarnej Górze

Córka przygotowuje się do kartkówki z pracy techniki. W zeszycie ma napisany wykaz czynności jakie należy wykonać podczas alarmu: zamknąć okna, ustawić się w parach, policzyć ilość osób, wybrać lidera, opuścić szkołę, itd.

Z albumu mojej mamy. Czarna Góra l. 50. XX w.

Przypomina mi się pewien alarm w jednej z moich podstawówek, w Czarnej Górze. W tamtym czasie mieszkałam u dziadków. Internetu nie było. Komórek też nie. Pisałam pamiętnik. Na kartki 60-kartkowego zeszytu przelewałam smutki, radości, wrażenia i fantacje.

Szukam informacji o tamtym alarmie. Znajduję datę 4 maja 1987 r. Czytam: tego dnia mieliśmy tylko 1 lekcję. Najpierw Jolka poczęstowała nas, ciastem ze śmietaną, gumą do żucia oraz  czekoladkami i pomarańczami. Jolka była najładniejsza w klasie i piekła pyszne ciasta. Powinna zostać miss szkoły, ale takich wyborów wówczas nie organizowano. Tamtego dnia miała pewnie urodziny. Czytam dalej: potem była biologia. Pod koniec lekcji rozległy się trzy krótkie dzwonki. Alarm. Nasza klasa uczyła się w bocznym skrzydle, obok biblioteki. Kiedyś tam uczyła się również moja mama. Jako najstarsi, sprawnie, bocznymi drzwiamu, opuściliśmy budynek. Nie wiem, czy mieliśmy lidera. Jeśli tak, to był nim pewnie Staszek, albo Zbyszek, bo lider to nie dziewczyna. Zresztą wówczas nie znaliśmy takiego słowa. To znaczy, że nie mieliśmy lidera. Ustawieni na boisku czekaliśmy na młodsze klasy, które opuszczały szkołę głównym wyjściem. Najpierw nikt nie wychodził. Potem zobaczyliśmy jak w naszym kierunku biegną maluchy z grabiami, koszykami, motykami, łopatami. Najmłodsi biegli z tornistrami. Któraś z młodszych klas źle zrozumiała pojęcie alarm i zamiast na boisko pobiegła do zabudowania gospodarczego, starej szopy, obok szkoły, w której znajdował się sprzęt do pracy w ogródku. Inni pobiegli za nimi. Chwilę trwało zanim nauczycielom udało się wyciągnąć uczniów z szopy, zmienić trasę biegu pozostałych i skierować wszystkich na boisko. Gdy wreszcie stanęli w dwuszeregu ci z motykami i grabiami oraz ci, tylko w mundurkach, przemówiła pani dyrektor. Nie zapisałam, co mówiła. Zarządziła powrót na lekcje. Powtórka alarmu już bardziej się udała.

Za nieudany alarm wszyscy musieliśmy do końca dnia pracować. Młodsi w ogródku, my starsi zbieraliśmy szklane i plastikowe butelki nad rzeką Białką.

 

Irena Bilińska

O mamie, córce i kwiatach

O mamie, córce i kwiatach

Zbliża się koniec maja a mój warszawski balkon ciągle świeci pustkami. Na barierkach wiszą puste donice po zeszłorocznych pelargoniach, które zmarzły zimą, ponieważ o nie nie zadbałam. Nie mam ani czasu, ani pomysłu, co zrobić z dużym balkonem. W środku też właściwie nie mamy kwiatów. Na oknach stoją storczyki. Nie dlatego, żeby mi się jakoś szczególnie podobały, ale dlatego, że nie są trujące dla kota.


       W mieszkaniach, w których mieszkaliśmy w ciągu ostatnich lat, zazwyczaj były jakieś kwiaty. Córka marzy o tym, żebym jej kupiła palmę, taką samą jaką mieliśmy na naszym rzymskim tarasie. Mieszkańcy Wiecznego Miasta ponoć dzielą się na tych, którzy mają tarasy i na tych, którzy ich nie mają. My mieliśmy olbrzymi, na 11 piętrze, z widokiem na pół Rzymu. Lubiliśmy siadywać na nim wieczorami, gdy robiło się trochę chłodniej. Z jednej strony od ciekawskich oczu sąsiadów oddzielały nas krzewy laurowe, których liście można było zrywać do potraw, z drugiej kaskady różowych kwiatów, jakie latem można spotkać na wielu rzymskich ogrodzeniach i domach. Gliniane donice stwarzały przyjemny, swojski nastrój. Rosło w nich mnóstwo różnorakich roślin, owocujące drzewka cytrynowe i pomarańczowe oraz piękna palma. Na zewnętrznej ścianie mieszkania był mały wizerunek Matki Boskiej, wykonany z wypalanej gliny. Wszystko dopasowane ze smakiem.

        Gdy szukaliśmy mieszkania we Lwowie wybraliśmy takie, w którym na parapecie okiennym w pięknej secesyjnej kamienicy rosła taka sama palma jak tamta w Rzymie. Oczywiście w środku. Mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze i miało wszystko, co potrzeba, oprócz tarasu. Z jednej strony był malutki balkonik, na którym rządziły gołębie. Nie mieliśmy z nimi żadnych szans. Z drugiej strony był widok na okna szpitala chorób skórnych i wenerycznych. Zanim wybucha wojna na wschodzie Ukrainy, w oknach można było zobaczyć sporo facetów, którzy albo palili albo suszyli bieliznę. Później wszyscy zniknęli. Okna świeciły pustkami.

          Podczas krótkiego pobytu w Bratysławie zatrzymuję się u znajomych, których mieszkanie tonie w zieleni. Na balkonie rośliny jednoroczne i wieloletnie, krzewy, kwiaty a nawet drzewo – sosna. Myślę o moim pustym balkonie, który jest wystarczająco duży, żeby pomieścić to, co oni mają. W głębi serca im zazdroszczę. Rośliny wymagają pielęgnacji a my ciągle gdzieś wyjeżdżaliśmy. Zastanawiam się, czy rośliny w domu są symbolem zakorzenienia? Czy skoro nie mam kwiatów to znaczy, że w Warszawie jeszcze się nie zakorzeniłam? Wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Warszawę lubię tak samo, jak wszystkie inne miasta, w których mieszkałam. Przeprowadzki nie stwarzały mi kłopotu. Z łatwością odnajdywałam się w nowych, nieznanych mi miastach. Teraz zastanawiam się nad moim pustym warszawski balkonem. Wyjeżdżając z Bratysławy mam w walizce pełno książek, ale na dworcu kupuję gazetkę Záhradkár z ukwieconą okładką. W pociągu zaczynam ją przeglądać i znajduję zdjęcia piwonii, goździków, mięty, fuksji, floksów. Wszystkie kiedyś miała moja Mama w rzepiskim ogródku. Kwiaty były jej wielką miłością.

         Mama nie widziała tamtych naszych mieszkań. Nie zdążyła. Myślę, że chyba już wiem, jak urządzić balkon. Pojadę na targ i kupię wszystkie kwiaty, które miała moja Mama. Czas się zakorzenić. Czas wrócić do korzeni. A dla Córki wreszcie kupię tę palmę, żeby jej przypominała rzymskie dzieciństwo.

Irena Bilińska

Kto ty jesteś?

Kto ty jesteś?

Moi dziadkowie, nie zmieniając miejsca zamieszkania, byli w ciągu swojego życia obywatelami trzech państw: Monarchii Austro-Węgierskiej, Rzeczypospolitej Polskiej, Państwa Słowackiego i znowu Polski.

Wjazd do Polski od strony Podspad

Wjazd do Polski od strony Podspad

Z piosenek dziecięcych pamiętam tylko dwie w języku węgierskim, których nauczył mnie dziadek Jakub. W młodości wszyscy dziadkowie, jako mieszkańcy Górnych Węgier, uczyli się w węgierskich szkołach. Dziadek Andrzej lubił opowiadać wnukom baśnie o czarownicach, skrzatach, rusałkach i czartach, które wcześniej przeczytał w grubej księdze słowackich baśni, ze zniszczonymi okładkami. Na studiach w Bratysławie odkryłam, że to były baśnie Pavla Dobšinskiego, jednego z najważniejszych twórców słowackiej literatury romantycznej.
U dziadków w Czarnej Górze przeważały książki słowackie, wyróżniały się wśród nich książeczki do modlitwy z pięknie inkrustowanymi okładkami, które prababka Maria przywiozła z Ameryki na początku XX wieku. Wśród świętych obrazków znajdowały się amerykańskie zdjęcia prababki i jej rodziny. Kobiety w kapeluszach i w długich sukniach, mężczyźni w garniturach. Zupełnie inny świat, obcy i pociągający, który nijak nie korespondował z rzeczywistością polsko-słowackiego pogranicza drugiej połowy dwudziestego wieku.
Po słowacku dziadkowie lubili słuchać koncertu życzeń. Po polsku słuchali Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki z Waszyngtonu. Na ścianach wisiały obrazy świętych z napisami w języku polskim i rosyjskim. Na niektórych były adnotacje carskiego cenzora z końca XIX wieku o sprawdzeniu i dopuszczeniu do kultu. Do największych należała rycina przedstawiająca legendę o porwaniu obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej przez husytów.
W okresie międzywojennym, gdy Czarna Góra znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej, dziadek był właścicielem młyna, tartaku i folusza. Podczas II wojny światowej Czarna Góra stała się graniczną miejscowością tisowskiej Słowacji. Na Podhalu tworzyły się struktury Goralenvolku. Dziadek mielił zboże dla swoich i dla Polaków – górali z Białki i Bukowiny Tatrzańskiej, którzy przekraczali granicę na rzece, bo głód był większy niż strach. Znał wszystkich. Przyjmował uciekinierów z okupowanej Polski. Przez dwa tygodnie w piwnicach młynu ukrywał Kurasia zwanego „Ogniem“, wraz z jego 10 towarzyszami. Bezpiecznie nie było. Dziadek postanowił opuścić pogranicze i przeprowadzić się z całą rodziną w głąb Słowacji. Nabył majątki w Lubicy. Po zakończeniu wojny Czarna Góra znowu znalazła się w Polsce. Majątki na Słowacji przepadły, podobnie jak pieniądze w banku w Spiskiej Nowej Wsi. Tartak spłonął a młyn zniszczyła powódź. Ludzie Ognia przyszli jeszcze raz. W domu zastali tylko babcię z małymi dziećmi. Zabrali konia i zapasy mięsa. Dziadek chciał odzyskać, co jego, ale dostał ostrzeżenie, że jeśli nie odpuści, to go zabiją. Odpuścił. Gdy byłam dzieckiem opowieściom o „Ogniu“ nie było końca. Jego duch pojawiał się na ślubach, weselach, stypach. Na Spiszu stał się uosobieniem wrogości Polaków i państwa polskiego do Słowaków. Spiszacy nie wiedzieli, że dla Polaków stanie się bohaterem. Gdy postawiono mu pomnik w Zakopanem, słowaccy historycy pytali mnie, jak to możliwe, że jest czczony jako bohater skoro mordował Słowaków. Gdy zapytałam o to historyka z polskiego IPN-u, odpowiedział, że dlatego że byli obywatelami faszystowskiego państwa ks. Tiso.
Rzepiska, miejscowość moich drugich dziadków, stały się po II wojnie światowej pograniczem państwa polskiego. W domu dziadków szczególnie czczony był obraz Matki Boskiej Lewockiej (ze słowackiego miasteczka Levoča). Wśród książek dominowały tzw. książki doktorskie dziadka Jakuba, w języku polskim. Na ich podstawie dziadek przyrządzał ziołowe medykamenty, którymi leczył rodzinę, w przypadkach, gdy nie pomagała święcona woda. Było też sporo słowackich książek religijnych i teologicznych, które należały do brata mojego taty, księdza Józka. Ks. Józek był największym Słowakiem w rodzinie. Zapamiętałam jak mówił, że Spisz należał do Słowacji przez 900 lat. Gdy przyjeżdżał do dziadków, ze swojej polskiej parafii, codziennie rano o godz. 9.00 odprawiał w domu mszę świętą. Zawsze w języku słowackim. Wydawało mi się to bardzo tajemnicze. Babcia nakrywała stół białym obrusem. Stryj wyciągał z czarnej teczki kielich, hostię i wino. Kobiety rozstawiały kilka krzeseł. Nie przypominam sobie, żeby w modlitwach uczestniczył jakiś mężczyzna. Za to pamiętam, jak mówiono, że nie powinien odprawiać mszy w domu, tylko w kościele. On jednak nie chciał się modlić w rzepiskim kościele po polsku, wolał w domu po słowacku. Nikt w rodzinie nie wspierał go w tym przekonaniu, tylko dziadkowie tolerowali jego upór. Mój tato nie był aż tak zdecydowanym Słowakiem, lubił powtarzać, że miał pradziadka Polaka. Dla rodziny to jednak nie była chlubna historia, ponieważ owym pradziadkiem był sługa z Białki, który pozostawił córce gospodarzy nieślubne dziecko.
Historiami kobiet nikt się nie zajmował. Ważniejsze były historie mężczyzn. Pradziadek Jakub był podczas I wojny światowej żołnierzem armii austro-węgierskiej. Siedem lat przeżył w niewoli sowieckiej na Syberii. Jego synowie Józek i Andrzej, bracia babci, zostali podczas II wojny światowej wcieleni do armii Słowackiego Państwa ks. Tiso. Józek walczył po stronie niemieckiej na froncie włoskim. Zmarł na południu Włoch na zawał lub udar, po tym, jak przejechał 40 km na rowerze, wracając od włoskiej dziewczyny. Andrzej, podobnie jak ojciec Jakub, trafił na front wschodni, do niewoli sowieckiej. Przeżył i wrócił. Po wojnie, w nowym państwie polskim, nie chwalił się do jakiej armii należał, wszyscy wiedzieli, wielu takich było. Dla nich to było naturalne, że służyli w ramach słowackich formacji.
Jako Polacy najszybciej zdeklarowali się ci, którzy zaraz po wojnie nawiązali współpracę z nowymi polskimi władzami. Najczęściej byli to radni, sołtysowie, którzy mieli rozdzielać wśród mieszkańców dary z amerykańskiego programu pomocowego UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy). Dzięki temu w trudnym czasie, po zakończeniu wojny, mieli zapasy mąki, kukurydzy i materiał na spodnie dla dzieci. Niektórym zaczęło się lepiej powodzić w zamian za to, że nowym władzom dostarczali informacje o sąsiadach. Oporniejsi pod względem narodowościowym mieli niespodziewane wizyty wopistów (WOP, Wojska Obrony Pogranicza) i większe podatki niż wynikało to z posiadanego majątku.
Najmłodsze dzieci, ze względu na brak polskich nauczycieli, nawet po wojnie, uczyły się po słowacku. Starsze mieszkały w Jurgowie w internacie, gdzie uczyły się języka polskiego i rosyjskiego. Jeszcze dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają, że w internacie nie trzeba było pracować i byli karmieni dużo lepiej niż w domu. W efekcie państwu przybywało przekonanych obywateli, którzy odrzucili strój spiski i w najbardziej wysuniętej w stronę granicy ze Słowacją wsi, zaczęli nosić strój polski, czyli górali podhalańskich. Podhalańczycy patrzyli na nich z góry i wyśmiewali, że nie potrafią nosić się jak prawdziwi górale, ale im to nie przeszkadzało. Czuli się dowartościowani. Tylko na potańcówkach regularnie dochodziło do awantur i bijatyk pomiędzy Polakami a Spiszakami/Słowakami. Niejeden wracał do domu zakrwawiony.
W rzepiskim kościele msze święte odprawiane były tylko po polsku, ale jeszcze pod koniec XX wieku śpiewano słowackie pieśni maryjne, kolędy i obowiązkowo na każdym pogrzebie, pieśń, mrożącą krew w moich dziecięcych żyłach, Už idem do hrobu (Już idę do grobu). Wyznacznikiem przynależności narodowościowej stało się jedno słowo z modlitwy Ojcze nasz, dotyczące odpuszczania win. Ci, którzy uważali się za Polaków mówili, że odpuszczają swoim winowajcom. Ci, którzy uważali się za Słowaków mówili, że odpuszczają vinníkom a reszta, czyli uważający się za miejscowych, odpuszczała winowatym. Gdy w nabożeństwie zbliżał się ten moment, w kościele robiło się ciszej. Wszyscy nasłuchiwali, co kto powie, żeby to później wykorzystać jako niezbity argument w niekończących się kłótniach, o to kto za kogo się uważa.
Na weselach też śpiewano po słowacku o młynarzu, któremu woda zabrała młyn wraz z jego ukochaną oraz o leśniczym i sarnie, która była zaczarowaną panną. Były tak samo popularne jak Szła dzieweczka do laseczka. Pod koniec lat osiemdziesiątych, zaczęło wymierać pokolenie, które znało je od dziecka. Dla młodszych stały się obciachowe. Sam język słowacki był obciachowy. Nie wiadomo było komu wierzyć, jak to było z tą Słowacją. Jedni mówili, że Spisz był zawsze polski, inni, że zawsze słowacki. To, co polskie było bardziej pociągające. Polska imponowała kulturą, historią, była wszędzie. Słowacja kojarzyła się z niewyjaśnionymi sporami i jako państwo wcale nie była przyjazna. Samo określenie Spiszak było nacechowane negatywnie. Spiszak był kimś zdecydowanie gorszym niż Polak. Wstyd się było do tego przyznać. Nawet jeśli wśród dzieci nie było na ten temat dyskusji, atmosfera była wyraźnie odczuwalna. Tylko ciasta: niedźwiedzie łapki (kokosanki), medowniki (pierniki), lodowe (czeskie ciasto), rumowe i inne, przygotowywane według słowackich przepisów, wszystkim smakowały tak samo.
Ważnym punktem odniesienia, kształtującym nastawienie mieszkańców przygranicznych miejscowości do Słowacji, była granica państwowa. Wzdłuż granicy ciągnął się pas zaoranej ziemi, którego w dzień pilnowali wopiści. W nocy kontrolę nad granicą przejmowali przemytnicy koni. Wiadomo było, że jeśli koń dotrze do słowackiej wsi Lendak, żadna straż go już nie znajdzie. Wieś ta miała wówczas bardzo złą sławę. Jej mieszkańcy jako jedyni w Czechosłowacji sprzeciwili się kolektywizacji. Nawet ówczesna policja czuła przed nimi respekt.
Rzepiska graniczyły również ze słowacką greckokatolicką Osturnią. Z perspektywy Rzepisk Osturnia była miejscem odciętym od świata, ostoją zabobonu, biedy i zacofania. Do Osturni, poza przemytnikami, nie jeździł nikt. Tylko najstarsi pamiętali, jak Rusini, nazywani Rusnakami, nosili zimą na plecach worki ze zbożem przez lasy, żeby je zmielić w Jurgowie na mąkę, na chleb. Niektórzy padali z wycieńczenia i zamarzali w śniegu. Świadomość, że byli biedniejsi a przede wszystkim różnili się pod względem religijnym, powodowała, że określenie Rusnak jeszcze dziś funkcjonuje jako synonim ciemnoty, zacofania i głupoty.

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Granica ze Słowacją była także granicą z Podspadami i Jaworzyną. Podspady to mały przysiółek, tuż za przejściem granicznym Jurgów-Podspady, z kilkoma zabudowaniami mieszkalnymi dla pracowników TANAP-u (Tatranský Národný Park, Tatrzański Park Narodowy), sklepem i karczmą. Tutaj codziennie rano i wieczorem gromadzili się Słowacy/Spiszacy z Polski, którzy posiadali tzw. przepustki gospodarcze. Gospodarcze, ponieważ pierwotnie mogli się o nie ubiegać tylko ci, których majątki (polany górskie, lasy) znalazły się po II wojnie światowej po słowackiej stronie granicy. Majątków nie odzyskali, zamiast tego mogli się legalnie zatrudnić w parku tatrzańskim jako pracownicy leśni. W Polsce trudno było wówczas o pracę, dlatego całe rodziny, mężczyźni i kobiety, ubiegały się o zatrudnienie na Słowacji. Dowozili ich słowaccy kierowcy, którzy codziennie rano i wieczorem, autobusami lub wojskowymi samochodami, przyjeżdżali do przygranicznych miejscowości na terenie Polski. Dla miejscowych Słowaków byli „bohovými Poliakami“ (przeklętymi Polakami). Nie traktowano ich jako Słowaków, którzy, nie z własnej woli, pozostali po polskiej stronie granicy. Wypominano im, że Polacy w listopadzie 1938 r. zajęli Tatrzańską Jaworzynę i cieszono się, że jeszcze szybciej zostali stamtąd wypędzeni. Generalnie, Polaków kojarzono z kradzieżami. Gdy rano szli do pracy, wielokrotnie słyszeli, jak miejscowi mówią, uważajcie Polacy idą. Dla urzędników TANAP-u spiscy obywatele Polski stanowili bardzo wygodnych pracowników, w szczególności do wycinki drzew na obszarach, które państwo po wojnie znacjonalizowało prywatnym właścicielom. Jeszcze w latach sześćdziesiątych zdarzało się, że napadali na nich miejscowi, którzy nie mogli pogodzić się z nacjonalizacją swoich lasów.
Pracy w lesie towarzyszyły również pewne urozmaicenia. Gdy w Dolinie Pod Muraniem kręcone były filmy czechosłowackie, pomagali w pracach budowlanych, porządkowych, żartowali z reżyserami i gwiazdami ówczesnego kina, których nie znali ani z filmów, ani z nazwiska. Z nazwiska zapamiętali za to Vasyla Biľaka. Nieraz przygotowywali dla niego ścieżki, gdy przyjeżdżał na polowanie. Pomagali przy budowie hotelu Polana, przeznaczonego na tajne spotkania przedstawicieli Układu Warszawskiego. Olbrzymi, nowoczesny gmach, sąsiadujący z małym, drewnianym myśliwskim zameczkiem pruskiego księcia Christiana Krafta Hohenlohe, ostatniego prywatnego właściciela tatrzańskich rewirów, miał symbolizować potęgę komunistycznego ustroju wobec burżuazyjnej przeszłości. Najważniejszym gościem tatrzańskich lasów, z którym spotkali się tatrzańscy drwale, był Fidel Castro. Do dziś wspominają uścisk jego wielkiej dłoni i alkohol, który im podarował za to, że specjalnie dla niego wydeptali w śniegu chodniki, dzięki którym mógł upolować kozicę. Do obowiązków pracowników z polskiego Spisza należało również kopanie grobów dla mieszkańców Tatrzańskiej Jaworzyny. Czasami znosili z gór szczątki taterników, którzy ginęli zdobywając zdradliwe tatrzańskie szczyty. Uczestniczyli również w corocznym balsamowaniu zwłok księcia Hohenlohe i jego żony Otylii Lubraniec Dąbskiej, o której, wbrew komunistycznej propagandzie, miejscowi do dziś opowiadają, że pomagała wdowom i była ludzką panią.
Codzienne wyjazdy za granicę były nie tylko źródłem utrzymania dla około trzystu osób, ale również sposobem zaopatrywania się w różne artykuły. W latach siedemdziesiątych kupowano złote kolczyki dla dziewczynek i ubranka dla dzieci. Za 100 koron można było ubrać dziecko od stóp do głów. Podczas stanu wojennego przywożono podstawowe artykuły spożywcze (mąka, cukier, wędliny, alkohol) i higieniczne (wata, podpaski, papier toaletowy). W związku z tym, że w Polsce w tym czasie brakowało wszystkiego, Słowacy wprowadzili bardzo restrykcyjne obostrzenia, dotyczące ilości podstawowych produktów żywnościowych, które można było przewieźć przez granicę w ciągu miesiąca. Dla spiskich pracowników z Polski było to bardzo upokarzające. Tym bardziej, że mieli świadomość tego, że dla celników, przejście graniczne stało się państwem w państwie. Pilnujący i rewidujący urzędnicy, polscy i słowaccy, stworzyli własny system wymiany dóbr. Do Polski przemycano cytryny, kaszę mannę, cukierki arachidowe. Z Polski ubrania, kolorowe przeszywane złotymi nićmi chusty tureckie, kożuchy. Wszyscy wiedzieli, co komu wolno.
Dla ruchu turystycznego służyło przejście Łysa Polana – Tatranská Javorina. W dzieciństwie przekraczałam je kilka razy z mamą i siostrą. W pewnym okresie wymagano, żebyśmy wszystkie trzy były razem na standardowym paszportowym zdjęciu 35 x 45 mm. Przejście graniczne zawsze było puste. Mama przedstawiała dokumenty i zaproszenie. Sprawdzanie dokumentów odbywało się w ciszy i z wielką powagą. Za każdym razem bałam się, czy nas wpuszczą, czy nie. Słowaccy celnicy wydawali mi się groźniejsi od polskich, bo mówili po słowacku. Po przekroczeniu granicy przechodziłyśmy przez most na rzece Białce i mijając, dziś opuszczoną, placówkę słowackiej straży granicznej, dochodziłyśmy do przystanku. Zdarzało się, że czekałyśmy na autobus w leśniczówce u pani Horskiej (Górskiej). Pani Horská była żoną miejscowego gajowego, zawsze energiczna, uśmiechnięta, bardzo dużo mówiła. Największe wrażenie robiła na mnie niezliczona ilość poroża jeleni i jelonków, którą mieli w domu. Z poroża był żyrandol nad kuchennym stołem, wieszaki, ozdoby na półkach. Na wszystkich ścianach wisiały mniejsze, większe i olbrzymie rogi, osadzone na białych czaszkach z pustymi oczodołami. Gajowy był myśliwym. Do Tatrzańskiej Jaworzyny zazwyczaj jeździłyśmy latem, na imieniny cioci Anny 26 lipca. Tego dnia w jaworzyńskim katolickim kościółku, którego fundatorem był ewangelik, książę Hohenlohe, odbywał się odpust. Nie lubiłam tego odpustu, wydawał mi się bardzo mało uroczysty, pustki w kościele, żadnych straganów. Mieszkańcy tej górskiej miejscowości, poza kilkoma rodzinami, uważali się za komunistów i nie chodzili do kościoła. Ci, którzy nie uważali się do końca za komunistów też nie chodzili, ponieważ nie chcieli stracić pracy, niszczyć dzieciom przyszłości.
Podróż na Słowację w latach 80-tych była dla mnie wyjazdem do nieprzyjaznego kraju. Nie czułam z nim żadnego powinowactwa, wręcz przeciwnie. Wszystko wydawało mi się obce i wrogie. Nieprzyjemna granica i wszechobecni komuniści. Z tamtego czasu zapamiętałam trzy słowa: „strana” (partia), „žandár“ (milicjant) i „klid“. Nawet na pograniczu z Polską w języku słowackim królowało czeskie słowo „klid”, oznaczające w tamtych czasach spokój, ciszę, ład, i porządek, jak również opanowanie i podporządkowanie. Słowacy spoglądali na pogrążoną w strajkach a następnie stanie wojennym Polskę jako na uosobienie chaosu i bałaganu. Nie współczuli, raczej wyśmiewali się z polskich kolejek. Porównanie „stoją jak w Polsce po mięso” weszło do powszechnego obiegu. Podporządkowani i wierzący w opiekuńcza rolę partii pilnowali swojego dostatku i porządku. Ludność przygranicznych miejscowości coraz bardziej odwracała się od siebie i stawała się dla siebie coraz bardziej obca.
Z tego okresu jednak zachowałam w pamięci kilka wydarzeń, które wówczas zrobiły na mnie duże wrażenie. Pamiętam zwiedzanie pięknej krasowej Jaskini Bielskiej (Belianska jaskyňa) i Muzeum Tatrzańskiego (Múzeum Tatranského národného parku) z wypchanymi niedźwiedziami i kozicami w Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica). W latach osiemdziesiątych, gdy w Polsce niewiele można było nabyć, lubiłam robić zakupy w wyposażonym dla zagranicznych, głównie niemieckich turystów, domu towarowym w Starym Smokowcu (Starý Smokovec). Do dziś pamiętam, jak w sklepie samoobsługowym bez opamiętania wrzucałyśmy z siostrą słodycze do koszyka, gdy w Polsce wszystko było na kartki. Innym razem mama kupiła mi piękną lalkę w zdziarskim (od miejscowości Ždiar) stroju ludowym. Wszystko miała piękne i oczy i rzęsy i wiele spódnic i falbanek i koronek, ale mnie się nie podobała, bo pod strojami miała piersi jak dorosła kobieta. To nie była lalka dla dzieci, lecz suwenir dla niemieckich turystów. Ulubioną miejscowością turystów z NRD był właśnie Ždiar, przez Słowaków z innych regionów złośliwie nazywany „Trabantowo”.
Gdy zaczęłam się uczyć niemieckiego, zaczęłam wysupływać ze spiskiej gwary niemieckie słowa: „holstuch” (Halstuch, apaszka), „bigel” (Bügeleisen, żelazko), „zurik” (zurück, z powrotem) i inne. Poprzez te wyrazy odkrywałam wcześniejszą jedność polskiego Spisza ze słowackim.
Dzięki rodzinnym korzeniom mogłam wyjechać na studia do Bratysławy, która na piętnaście lat stała się dla mnie drugim domem. Tylko, że to już były inne czasy, kiedy Polska stała się dla Słowaków liderem reform i wzorem do naśladowania. Dla słowackich znajomych zawsze byłam Polką. Spisz i spiscy Słowacy niewiele ich interesowali. Z perspektywy Bratysławy ocena Polski i Polaków była zupełnie inna niż z perspektywy pogranicznych miejscowości, które pomimo masowego przepływu turystów i towarów, bardzo powoli odbudowywały wzajemne zaufanie i otwartość na sąsiadów z drugiej strony granicy.
Irena Bilińska

Tekst został opublikowany w czasopiśmie: „Zupełnie inny świat”, nr 22, 2016, s. 11 – 14.