O mamie, córce i kwiatach

Zbliża się koniec maja a mój warszawski balkon ciągle świeci pustkami. Na barierkach wiszą puste donice po zeszłorocznych pelargoniach, które zmarzły zimą, ponieważ o nie nie zadbałam. Nie mam ani czasu, ani pomysłu, co zrobić z dużym balkonem. W środku też właściwie nie mamy kwiatów. Na oknach stoją storczyki. Nie dlatego, żeby mi się jakoś szczególnie podobały, ale dlatego, że nie są trujące dla kota.


       W mieszkaniach, w których mieszkaliśmy w ciągu ostatnich lat, zazwyczaj były jakieś kwiaty. Córka marzy o tym, żebym jej kupiła palmę, taką samą jaką mieliśmy na naszym rzymskim tarasie. Mieszkańcy Wiecznego Miasta ponoć dzielą się na tych, którzy mają tarasy i na tych, którzy ich nie mają. My mieliśmy olbrzymi, na 11 piętrze, z widokiem na pół Rzymu. Lubiliśmy siadywać na nim wieczorami, gdy robiło się trochę chłodniej. Z jednej strony od ciekawskich oczu sąsiadów oddzielały nas krzewy laurowe, których liście można było zrywać do potraw, z drugiej kaskady różowych kwiatów, jakie latem można spotkać na wielu rzymskich ogrodzeniach i domach. Gliniane donice stwarzały przyjemny, swojski nastrój. Rosło w nich mnóstwo różnorakich roślin, owocujące drzewka cytrynowe i pomarańczowe oraz piękna palma. Na zewnętrznej ścianie mieszkania był mały wizerunek Matki Boskiej, wykonany z wypalanej gliny. Wszystko dopasowane ze smakiem.

        Gdy szukaliśmy mieszkania we Lwowie wybraliśmy takie, w którym na parapecie okiennym w pięknej secesyjnej kamienicy rosła taka sama palma jak tamta w Rzymie. Oczywiście w środku. Mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze i miało wszystko, co potrzeba, oprócz tarasu. Z jednej strony był malutki balkonik, na którym rządziły gołębie. Nie mieliśmy z nimi żadnych szans. Z drugiej strony był widok na okna szpitala chorób skórnych i wenerycznych. Zanim wybucha wojna na wschodzie Ukrainy, w oknach można było zobaczyć sporo facetów, którzy albo palili albo suszyli bieliznę. Później wszyscy zniknęli. Okna świeciły pustkami.

          Podczas krótkiego pobytu w Bratysławie zatrzymuję się u znajomych, których mieszkanie tonie w zieleni. Na balkonie rośliny jednoroczne i wieloletnie, krzewy, kwiaty a nawet drzewo – sosna. Myślę o moim pustym balkonie, który jest wystarczająco duży, żeby pomieścić to, co oni mają. W głębi serca im zazdroszczę. Rośliny wymagają pielęgnacji a my ciągle gdzieś wyjeżdżaliśmy. Zastanawiam się, czy rośliny w domu są symbolem zakorzenienia? Czy skoro nie mam kwiatów to znaczy, że w Warszawie jeszcze się nie zakorzeniłam? Wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Warszawę lubię tak samo, jak wszystkie inne miasta, w których mieszkałam. Przeprowadzki nie stwarzały mi kłopotu. Z łatwością odnajdywałam się w nowych, nieznanych mi miastach. Teraz zastanawiam się nad moim pustym warszawski balkonem. Wyjeżdżając z Bratysławy mam w walizce pełno książek, ale na dworcu kupuję gazetkę Záhradkár z ukwieconą okładką. W pociągu zaczynam ją przeglądać i znajduję zdjęcia piwonii, goździków, mięty, fuksji, floksów. Wszystkie kiedyś miała moja Mama w rzepiskim ogródku. Kwiaty były jej wielką miłością.

         Mama nie widziała tamtych naszych mieszkań. Nie zdążyła. Myślę, że chyba już wiem, jak urządzić balkon. Pojadę na targ i kupię wszystkie kwiaty, które miała moja Mama. Czas się zakorzenić. Czas wrócić do korzeni. A dla Córki wreszcie kupię tę palmę, żeby jej przypominała rzymskie dzieciństwo.

Irena Bilińska

Kto ty jesteś?

Moi dziadkowie, nie zmieniając miejsca zamieszkania, byli w ciągu swojego życia obywatelami trzech państw: Monarchii Austro-Węgierskiej, Rzeczypospolitej Polskiej, Państwa Słowackiego i znowu Polski.

Wjazd do Polski od strony Podspad

Wjazd do Polski od strony Podspad

Z piosenek dziecięcych pamiętam tylko dwie w języku węgierskim, których nauczył mnie dziadek Jakub. W młodości wszyscy dziadkowie, jako mieszkańcy Górnych Węgier, uczyli się w węgierskich szkołach. Dziadek Andrzej lubił opowiadać wnukom baśnie o czarownicach, skrzatach, rusałkach i czartach, które wcześniej przeczytał w grubej księdze słowackich baśni, ze zniszczonymi okładkami. Na studiach w Bratysławie odkryłam, że to były baśnie Pavla Dobšinskiego, jednego z najważniejszych twórców słowackiej literatury romantycznej.
U dziadków w Czarnej Górze przeważały książki słowackie, wyróżniały się wśród nich książeczki do modlitwy z pięknie inkrustowanymi okładkami, które prababka Maria przywiozła z Ameryki na początku XX wieku. Wśród świętych obrazków znajdowały się amerykańskie zdjęcia prababki i jej rodziny. Kobiety w kapeluszach i w długich sukniach, mężczyźni w garniturach. Zupełnie inny świat, obcy i pociągający, który nijak nie korespondował z rzeczywistością polsko-słowackiego pogranicza drugiej połowy dwudziestego wieku.
Po słowacku dziadkowie lubili słuchać koncertu życzeń. Po polsku słuchali Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki z Waszyngtonu. Na ścianach wisiały obrazy świętych z napisami w języku polskim i rosyjskim. Na niektórych były adnotacje carskiego cenzora z końca XIX wieku o sprawdzeniu i dopuszczeniu do kultu. Do największych należała rycina przedstawiająca legendę o porwaniu obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej przez husytów.
W okresie międzywojennym, gdy Czarna Góra znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej, dziadek był właścicielem młyna, tartaku i folusza. Podczas II wojny światowej Czarna Góra stała się graniczną miejscowością tisowskiej Słowacji. Na Podhalu tworzyły się struktury Goralenvolku. Dziadek mielił zboże dla swoich i dla Polaków – górali z Białki i Bukowiny Tatrzańskiej, którzy przekraczali granicę na rzece, bo głód był większy niż strach. Znał wszystkich. Przyjmował uciekinierów z okupowanej Polski. Przez dwa tygodnie w piwnicach młynu ukrywał Kurasia zwanego „Ogniem“, wraz z jego 10 towarzyszami. Bezpiecznie nie było. Dziadek postanowił opuścić pogranicze i przeprowadzić się z całą rodziną w głąb Słowacji. Nabył majątki w Lubicy. Po zakończeniu wojny Czarna Góra znowu znalazła się w Polsce. Majątki na Słowacji przepadły, podobnie jak pieniądze w banku w Spiskiej Nowej Wsi. Tartak spłonął a młyn zniszczyła powódź. Ludzie Ognia przyszli jeszcze raz. W domu zastali tylko babcię z małymi dziećmi. Zabrali konia i zapasy mięsa. Dziadek chciał odzyskać, co jego, ale dostał ostrzeżenie, że jeśli nie odpuści, to go zabiją. Odpuścił. Gdy byłam dzieckiem opowieściom o „Ogniu“ nie było końca. Jego duch pojawiał się na ślubach, weselach, stypach. Na Spiszu stał się uosobieniem wrogości Polaków i państwa polskiego do Słowaków. Spiszacy nie wiedzieli, że dla Polaków stanie się bohaterem. Gdy postawiono mu pomnik w Zakopanem, słowaccy historycy pytali mnie, jak to możliwe, że jest czczony jako bohater skoro mordował Słowaków. Gdy zapytałam o to historyka z polskiego IPN-u, odpowiedział, że dlatego że byli obywatelami faszystowskiego państwa ks. Tiso.
Rzepiska, miejscowość moich drugich dziadków, stały się po II wojnie światowej pograniczem państwa polskiego. W domu dziadków szczególnie czczony był obraz Matki Boskiej Lewockiej (ze słowackiego miasteczka Levoča). Wśród książek dominowały tzw. książki doktorskie dziadka Jakuba, w języku polskim. Na ich podstawie dziadek przyrządzał ziołowe medykamenty, którymi leczył rodzinę, w przypadkach, gdy nie pomagała święcona woda. Było też sporo słowackich książek religijnych i teologicznych, które należały do brata mojego taty, księdza Józka. Ks. Józek był największym Słowakiem w rodzinie. Zapamiętałam jak mówił, że Spisz należał do Słowacji przez 900 lat. Gdy przyjeżdżał do dziadków, ze swojej polskiej parafii, codziennie rano o godz. 9.00 odprawiał w domu mszę świętą. Zawsze w języku słowackim. Wydawało mi się to bardzo tajemnicze. Babcia nakrywała stół białym obrusem. Stryj wyciągał z czarnej teczki kielich, hostię i wino. Kobiety rozstawiały kilka krzeseł. Nie przypominam sobie, żeby w modlitwach uczestniczył jakiś mężczyzna. Za to pamiętam, jak mówiono, że nie powinien odprawiać mszy w domu, tylko w kościele. On jednak nie chciał się modlić w rzepiskim kościele po polsku, wolał w domu po słowacku. Nikt w rodzinie nie wspierał go w tym przekonaniu, tylko dziadkowie tolerowali jego upór. Mój tato nie był aż tak zdecydowanym Słowakiem, lubił powtarzać, że miał pradziadka Polaka. Dla rodziny to jednak nie była chlubna historia, ponieważ owym pradziadkiem był sługa z Białki, który pozostawił córce gospodarzy nieślubne dziecko.
Historiami kobiet nikt się nie zajmował. Ważniejsze były historie mężczyzn. Pradziadek Jakub był podczas I wojny światowej żołnierzem armii austro-węgierskiej. Siedem lat przeżył w niewoli sowieckiej na Syberii. Jego synowie Józek i Andrzej, bracia babci, zostali podczas II wojny światowej wcieleni do armii Słowackiego Państwa ks. Tiso. Józek walczył po stronie niemieckiej na froncie włoskim. Zmarł na południu Włoch na zawał lub udar, po tym, jak przejechał 40 km na rowerze, wracając od włoskiej dziewczyny. Andrzej, podobnie jak ojciec Jakub, trafił na front wschodni, do niewoli sowieckiej. Przeżył i wrócił. Po wojnie, w nowym państwie polskim, nie chwalił się do jakiej armii należał, wszyscy wiedzieli, wielu takich było. Dla nich to było naturalne, że służyli w ramach słowackich formacji.
Jako Polacy najszybciej zdeklarowali się ci, którzy zaraz po wojnie nawiązali współpracę z nowymi polskimi władzami. Najczęściej byli to radni, sołtysowie, którzy mieli rozdzielać wśród mieszkańców dary z amerykańskiego programu pomocowego UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy). Dzięki temu w trudnym czasie, po zakończeniu wojny, mieli zapasy mąki, kukurydzy i materiał na spodnie dla dzieci. Niektórym zaczęło się lepiej powodzić w zamian za to, że nowym władzom dostarczali informacje o sąsiadach. Oporniejsi pod względem narodowościowym mieli niespodziewane wizyty wopistów (WOP, Wojska Obrony Pogranicza) i większe podatki niż wynikało to z posiadanego majątku.
Najmłodsze dzieci, ze względu na brak polskich nauczycieli, nawet po wojnie, uczyły się po słowacku. Starsze mieszkały w Jurgowie w internacie, gdzie uczyły się języka polskiego i rosyjskiego. Jeszcze dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają, że w internacie nie trzeba było pracować i byli karmieni dużo lepiej niż w domu. W efekcie państwu przybywało przekonanych obywateli, którzy odrzucili strój spiski i w najbardziej wysuniętej w stronę granicy ze Słowacją wsi, zaczęli nosić strój polski, czyli górali podhalańskich. Podhalańczycy patrzyli na nich z góry i wyśmiewali, że nie potrafią nosić się jak prawdziwi górale, ale im to nie przeszkadzało. Czuli się dowartościowani. Tylko na potańcówkach regularnie dochodziło do awantur i bijatyk pomiędzy Polakami a Spiszakami/Słowakami. Niejeden wracał do domu zakrwawiony.
W rzepiskim kościele msze święte odprawiane były tylko po polsku, ale jeszcze pod koniec XX wieku śpiewano słowackie pieśni maryjne, kolędy i obowiązkowo na każdym pogrzebie, pieśń, mrożącą krew w moich dziecięcych żyłach, Už idem do hrobu (Już idę do grobu). Wyznacznikiem przynależności narodowościowej stało się jedno słowo z modlitwy Ojcze nasz, dotyczące odpuszczania win. Ci, którzy uważali się za Polaków mówili, że odpuszczają swoim winowajcom. Ci, którzy uważali się za Słowaków mówili, że odpuszczają vinníkom a reszta, czyli uważający się za miejscowych, odpuszczała winowatym. Gdy w nabożeństwie zbliżał się ten moment, w kościele robiło się ciszej. Wszyscy nasłuchiwali, co kto powie, żeby to później wykorzystać jako niezbity argument w niekończących się kłótniach, o to kto za kogo się uważa.
Na weselach też śpiewano po słowacku o młynarzu, któremu woda zabrała młyn wraz z jego ukochaną oraz o leśniczym i sarnie, która była zaczarowaną panną. Były tak samo popularne jak Szła dzieweczka do laseczka. Pod koniec lat osiemdziesiątych, zaczęło wymierać pokolenie, które znało je od dziecka. Dla młodszych stały się obciachowe. Sam język słowacki był obciachowy. Nie wiadomo było komu wierzyć, jak to było z tą Słowacją. Jedni mówili, że Spisz był zawsze polski, inni, że zawsze słowacki. To, co polskie było bardziej pociągające. Polska imponowała kulturą, historią, była wszędzie. Słowacja kojarzyła się z niewyjaśnionymi sporami i jako państwo wcale nie była przyjazna. Samo określenie Spiszak było nacechowane negatywnie. Spiszak był kimś zdecydowanie gorszym niż Polak. Wstyd się było do tego przyznać. Nawet jeśli wśród dzieci nie było na ten temat dyskusji, atmosfera była wyraźnie odczuwalna. Tylko ciasta: niedźwiedzie łapki (kokosanki), medowniki (pierniki), lodowe (czeskie ciasto), rumowe i inne, przygotowywane według słowackich przepisów, wszystkim smakowały tak samo.
Ważnym punktem odniesienia, kształtującym nastawienie mieszkańców przygranicznych miejscowości do Słowacji, była granica państwowa. Wzdłuż granicy ciągnął się pas zaoranej ziemi, którego w dzień pilnowali wopiści. W nocy kontrolę nad granicą przejmowali przemytnicy koni. Wiadomo było, że jeśli koń dotrze do słowackiej wsi Lendak, żadna straż go już nie znajdzie. Wieś ta miała wówczas bardzo złą sławę. Jej mieszkańcy jako jedyni w Czechosłowacji sprzeciwili się kolektywizacji. Nawet ówczesna policja czuła przed nimi respekt.
Rzepiska graniczyły również ze słowacką greckokatolicką Osturnią. Z perspektywy Rzepisk Osturnia była miejscem odciętym od świata, ostoją zabobonu, biedy i zacofania. Do Osturni, poza przemytnikami, nie jeździł nikt. Tylko najstarsi pamiętali, jak Rusini, nazywani Rusnakami, nosili zimą na plecach worki ze zbożem przez lasy, żeby je zmielić w Jurgowie na mąkę, na chleb. Niektórzy padali z wycieńczenia i zamarzali w śniegu. Świadomość, że byli biedniejsi a przede wszystkim różnili się pod względem religijnym, powodowała, że określenie Rusnak jeszcze dziś funkcjonuje jako synonim ciemnoty, zacofania i głupoty.

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Granica ze Słowacją była także granicą z Podspadami i Jaworzyną. Podspady to mały przysiółek, tuż za przejściem granicznym Jurgów-Podspady, z kilkoma zabudowaniami mieszkalnymi dla pracowników TANAP-u (Tatranský Národný Park, Tatrzański Park Narodowy), sklepem i karczmą. Tutaj codziennie rano i wieczorem gromadzili się Słowacy/Spiszacy z Polski, którzy posiadali tzw. przepustki gospodarcze. Gospodarcze, ponieważ pierwotnie mogli się o nie ubiegać tylko ci, których majątki (polany górskie, lasy) znalazły się po II wojnie światowej po słowackiej stronie granicy. Majątków nie odzyskali, zamiast tego mogli się legalnie zatrudnić w parku tatrzańskim jako pracownicy leśni. W Polsce trudno było wówczas o pracę, dlatego całe rodziny, mężczyźni i kobiety, ubiegały się o zatrudnienie na Słowacji. Dowozili ich słowaccy kierowcy, którzy codziennie rano i wieczorem, autobusami lub wojskowymi samochodami, przyjeżdżali do przygranicznych miejscowości na terenie Polski. Dla miejscowych Słowaków byli „bohovými Poliakami“ (przeklętymi Polakami). Nie traktowano ich jako Słowaków, którzy, nie z własnej woli, pozostali po polskiej stronie granicy. Wypominano im, że Polacy w listopadzie 1938 r. zajęli Tatrzańską Jaworzynę i cieszono się, że jeszcze szybciej zostali stamtąd wypędzeni. Generalnie, Polaków kojarzono z kradzieżami. Gdy rano szli do pracy, wielokrotnie słyszeli, jak miejscowi mówią, uważajcie Polacy idą. Dla urzędników TANAP-u spiscy obywatele Polski stanowili bardzo wygodnych pracowników, w szczególności do wycinki drzew na obszarach, które państwo po wojnie znacjonalizowało prywatnym właścicielom. Jeszcze w latach sześćdziesiątych zdarzało się, że napadali na nich miejscowi, którzy nie mogli pogodzić się z nacjonalizacją swoich lasów.
Pracy w lesie towarzyszyły również pewne urozmaicenia. Gdy w Dolinie Pod Muraniem kręcone były filmy czechosłowackie, pomagali w pracach budowlanych, porządkowych, żartowali z reżyserami i gwiazdami ówczesnego kina, których nie znali ani z filmów, ani z nazwiska. Z nazwiska zapamiętali za to Vasyla Biľaka. Nieraz przygotowywali dla niego ścieżki, gdy przyjeżdżał na polowanie. Pomagali przy budowie hotelu Polana, przeznaczonego na tajne spotkania przedstawicieli Układu Warszawskiego. Olbrzymi, nowoczesny gmach, sąsiadujący z małym, drewnianym myśliwskim zameczkiem pruskiego księcia Christiana Krafta Hohenlohe, ostatniego prywatnego właściciela tatrzańskich rewirów, miał symbolizować potęgę komunistycznego ustroju wobec burżuazyjnej przeszłości. Najważniejszym gościem tatrzańskich lasów, z którym spotkali się tatrzańscy drwale, był Fidel Castro. Do dziś wspominają uścisk jego wielkiej dłoni i alkohol, który im podarował za to, że specjalnie dla niego wydeptali w śniegu chodniki, dzięki którym mógł upolować kozicę. Do obowiązków pracowników z polskiego Spisza należało również kopanie grobów dla mieszkańców Tatrzańskiej Jaworzyny. Czasami znosili z gór szczątki taterników, którzy ginęli zdobywając zdradliwe tatrzańskie szczyty. Uczestniczyli również w corocznym balsamowaniu zwłok księcia Hohenlohe i jego żony Otylii Lubraniec Dąbskiej, o której, wbrew komunistycznej propagandzie, miejscowi do dziś opowiadają, że pomagała wdowom i była ludzką panią.
Codzienne wyjazdy za granicę były nie tylko źródłem utrzymania dla około trzystu osób, ale również sposobem zaopatrywania się w różne artykuły. W latach siedemdziesiątych kupowano złote kolczyki dla dziewczynek i ubranka dla dzieci. Za 100 koron można było ubrać dziecko od stóp do głów. Podczas stanu wojennego przywożono podstawowe artykuły spożywcze (mąka, cukier, wędliny, alkohol) i higieniczne (wata, podpaski, papier toaletowy). W związku z tym, że w Polsce w tym czasie brakowało wszystkiego, Słowacy wprowadzili bardzo restrykcyjne obostrzenia, dotyczące ilości podstawowych produktów żywnościowych, które można było przewieźć przez granicę w ciągu miesiąca. Dla spiskich pracowników z Polski było to bardzo upokarzające. Tym bardziej, że mieli świadomość tego, że dla celników, przejście graniczne stało się państwem w państwie. Pilnujący i rewidujący urzędnicy, polscy i słowaccy, stworzyli własny system wymiany dóbr. Do Polski przemycano cytryny, kaszę mannę, cukierki arachidowe. Z Polski ubrania, kolorowe przeszywane złotymi nićmi chusty tureckie, kożuchy. Wszyscy wiedzieli, co komu wolno.
Dla ruchu turystycznego służyło przejście Łysa Polana – Tatranská Javorina. W dzieciństwie przekraczałam je kilka razy z mamą i siostrą. W pewnym okresie wymagano, żebyśmy wszystkie trzy były razem na standardowym paszportowym zdjęciu 35 x 45 mm. Przejście graniczne zawsze było puste. Mama przedstawiała dokumenty i zaproszenie. Sprawdzanie dokumentów odbywało się w ciszy i z wielką powagą. Za każdym razem bałam się, czy nas wpuszczą, czy nie. Słowaccy celnicy wydawali mi się groźniejsi od polskich, bo mówili po słowacku. Po przekroczeniu granicy przechodziłyśmy przez most na rzece Białce i mijając, dziś opuszczoną, placówkę słowackiej straży granicznej, dochodziłyśmy do przystanku. Zdarzało się, że czekałyśmy na autobus w leśniczówce u pani Horskiej (Górskiej). Pani Horská była żoną miejscowego gajowego, zawsze energiczna, uśmiechnięta, bardzo dużo mówiła. Największe wrażenie robiła na mnie niezliczona ilość poroża jeleni i jelonków, którą mieli w domu. Z poroża był żyrandol nad kuchennym stołem, wieszaki, ozdoby na półkach. Na wszystkich ścianach wisiały mniejsze, większe i olbrzymie rogi, osadzone na białych czaszkach z pustymi oczodołami. Gajowy był myśliwym. Do Tatrzańskiej Jaworzyny zazwyczaj jeździłyśmy latem, na imieniny cioci Anny 26 lipca. Tego dnia w jaworzyńskim katolickim kościółku, którego fundatorem był ewangelik, książę Hohenlohe, odbywał się odpust. Nie lubiłam tego odpustu, wydawał mi się bardzo mało uroczysty, pustki w kościele, żadnych straganów. Mieszkańcy tej górskiej miejscowości, poza kilkoma rodzinami, uważali się za komunistów i nie chodzili do kościoła. Ci, którzy nie uważali się do końca za komunistów też nie chodzili, ponieważ nie chcieli stracić pracy, niszczyć dzieciom przyszłości.
Podróż na Słowację w latach 80-tych była dla mnie wyjazdem do nieprzyjaznego kraju. Nie czułam z nim żadnego powinowactwa, wręcz przeciwnie. Wszystko wydawało mi się obce i wrogie. Nieprzyjemna granica i wszechobecni komuniści. Z tamtego czasu zapamiętałam trzy słowa: „strana” (partia), „žandár“ (milicjant) i „klid“. Nawet na pograniczu z Polską w języku słowackim królowało czeskie słowo „klid”, oznaczające w tamtych czasach spokój, ciszę, ład, i porządek, jak również opanowanie i podporządkowanie. Słowacy spoglądali na pogrążoną w strajkach a następnie stanie wojennym Polskę jako na uosobienie chaosu i bałaganu. Nie współczuli, raczej wyśmiewali się z polskich kolejek. Porównanie „stoją jak w Polsce po mięso” weszło do powszechnego obiegu. Podporządkowani i wierzący w opiekuńcza rolę partii pilnowali swojego dostatku i porządku. Ludność przygranicznych miejscowości coraz bardziej odwracała się od siebie i stawała się dla siebie coraz bardziej obca.
Z tego okresu jednak zachowałam w pamięci kilka wydarzeń, które wówczas zrobiły na mnie duże wrażenie. Pamiętam zwiedzanie pięknej krasowej Jaskini Bielskiej (Belianska jaskyňa) i Muzeum Tatrzańskiego (Múzeum Tatranského národného parku) z wypchanymi niedźwiedziami i kozicami w Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica). W latach osiemdziesiątych, gdy w Polsce niewiele można było nabyć, lubiłam robić zakupy w wyposażonym dla zagranicznych, głównie niemieckich turystów, domu towarowym w Starym Smokowcu (Starý Smokovec). Do dziś pamiętam, jak w sklepie samoobsługowym bez opamiętania wrzucałyśmy z siostrą słodycze do koszyka, gdy w Polsce wszystko było na kartki. Innym razem mama kupiła mi piękną lalkę w zdziarskim (od miejscowości Ždiar) stroju ludowym. Wszystko miała piękne i oczy i rzęsy i wiele spódnic i falbanek i koronek, ale mnie się nie podobała, bo pod strojami miała piersi jak dorosła kobieta. To nie była lalka dla dzieci, lecz suwenir dla niemieckich turystów. Ulubioną miejscowością turystów z NRD był właśnie Ždiar, przez Słowaków z innych regionów złośliwie nazywany „Trabantowo”.
Gdy zaczęłam się uczyć niemieckiego, zaczęłam wysupływać ze spiskiej gwary niemieckie słowa: „holstuch” (Halstuch, apaszka), „bigel” (Bügeleisen, żelazko), „zurik” (zurück, z powrotem) i inne. Poprzez te wyrazy odkrywałam wcześniejszą jedność polskiego Spisza ze słowackim.
Dzięki rodzinnym korzeniom mogłam wyjechać na studia do Bratysławy, która na piętnaście lat stała się dla mnie drugim domem. Tylko, że to już były inne czasy, kiedy Polska stała się dla Słowaków liderem reform i wzorem do naśladowania. Dla słowackich znajomych zawsze byłam Polką. Spisz i spiscy Słowacy niewiele ich interesowali. Z perspektywy Bratysławy ocena Polski i Polaków była zupełnie inna niż z perspektywy pogranicznych miejscowości, które pomimo masowego przepływu turystów i towarów, bardzo powoli odbudowywały wzajemne zaufanie i otwartość na sąsiadów z drugiej strony granicy.
Irena Bilińska

Tekst został opublikowany w czasopiśmie: „Zupełnie inny świat”, nr 22, 2016, s. 11 – 14.

Obrotne i dziadule

W Rzepiskach kobiety dzieliły się na obrotne i na dziadule. Żeby być dziadulą wystarczyło być obcą. Z innej wsi. Z innymi nawykami. Robić coś inaczej lub wolniej. Na uznanie zasługiwał pośpiech. Przy jedzeniu, przy pracy, w miłości, w seksie, przy porodzie, w połogu. Bo „jak kto robi tak i jy”, bo zaleje albo zakurzy, albo sąsiedzi wyśmieją. A to było gorsze niż wszystkie żywioły.
skanowanie0021

Kobieta miała być obrotno. Miała się spieszyć. Wcześnie wstawać, nanosić wody, wydoić krowy, nakarmić świnie, zamieść dom, oporządzić gospodarstwo, ugotować ziemniaki, zrobić moskole, utkać sukno, uszyć spodnie dla dzieci. Gdy nie była dość szybka, słyszała od teściowej, że pozdychają, jeśli nie zacznie się ruszać. Gdy chciała utulić dziecko, słyszała, że ani wysrać się nie zdąży, jeśli będzie przy nim na każde zawołanie. Dziecko mogło płakać, nie miało innej roboty. Starsze miały pilnować, żeby młodsze nie przeszkadzały. Bo jak nie, każdy wiedział. Na tłumaczenie nie było czasu. Krzyki i bicie. Bo „porządek musi być”. Wychowanym dzieckiem było wystraszone dziecko. Każdy mógł mu przyłożyć. Gdy uderzyło w okno kamieniem, odpowiedziało nie tak jak trzeba, nie dość szybko zrozumiało, nie pochwaliło Boga. Głównymi metodami wychowawczymi była szorstkość matki i ciężka ręka ojca. W Rzepiskach ważniejsze było wykarmić niż przytulić. Matczyną miłość zagłuszał pośpiech, praca, ból, krew, porody i kobieca samotność. Chłopów nie interesowały babskie sprawy. Co to byłby za chłop, który by się babskimi sprawami zajmował. A baby były dla siebie złe. Gdy córka została w domu mogła liczyć na pomoc matki, ale mało kto chciał iść za przystaca. Chyba, że była jedynicą i miała dużo pola. Wtedy zięć stawał się celem rodzinnej złości. Bo złość była zawsze. Plotki, przekleństwa, wyzwiska, agresja. Nikogo nie raziły. Może tylko dziadule, które ssały inne mleko, w innej wsi lub pobożne babki, które nie rozstawały się z różańcem w oczekiwaniu na śmierć. W Rzepiskach każde dziecko dostawało taką dawkę złości, że w dorosłości stawało się na nie odporne. Ani jej nie zauważało, ani nie wyczuwało. Złość była jak pancerz ochronny. Złość wytyczała kierunki działania, gwarantowała przetrwanie i hartowała. Złość chłopów na baby i bab na chłopów. Teściów na niewiasty i niewiast na teściów. Jak pajęczyna zasnuwała wszystkie kąty chałup. Przyklejała się do pierzyn, przewożonych w posagu. Jednym dawała całą władzę, inne pozbawiała wszystkiego. Zwłaszcza synowe, czyli niewiasty. Miały rodzić i pracować, pracować i rodzić. Gdy siostra dziadka zachorowała na raka piersi, teściowie wypędzili ją z domu. Bo okłamali, bo dali chorą, bo rana śmierdziała, bo po co taka dziadula, w honorowej rodzinie? Młoda i chora. Takiej nikt nie potrzebował. Chorować mogli starzy. Zasłużyli sobie na leżenie. Ale chora niewiasta u teściów. Takiego wstydu nie mogli znieść. W domu też nie była potrzebna, tam gazdował już kto inny. Gdy zmarła, wszystkim ulżyło. Tylko dzieci płakały. Najmłodszy Władek, dopiero teraz mógł się do niej spokojnie przytulić. Mama już się nie spieszyła. Długo szukali, zanim go znaleźli pod pachą zmarłej. Zapamiętał do końca życia, że mógł się do matki przytulić.
Gdy w innej rodzinie pochowano dziadulę, wieczorami kołyska sama się kołysała. Mówiono, że to matka wraca, żeby uśpić najmłodsze dziecko. Ale z duchem nikt nie chciał mieszkać. Domownicy krzyczeli, żeby wróciła tam, skąd przyszła. Na zawsze. Więc odeszła.
Złość nie opuszczała ani tych, które nie wyszły za mąż i zostały starymi ciotkami. Do pilnowania nie swoich dzieci i do pracy. Popychanie z kąta w kąt, wyśmiewane. Dziadule. Co rano zakładały zamarznięte gumowce, żeby oporządzić dobytek. Na wszystko musiały sobie zasłużyć, na jedzenie, na ciepły kąt. Na garnuszku brata i bratowej. Zawsze przeszkadzały. Gorzej miały tylko przespanice. Prababka Ulianka była córką przespanice. W rodzinie pozostała wiedza, że zrobił ją sługa z Białki. Zrobił, bo bez ślubu. Bo nie wolno. Bo jej nie wolno było. A może nikt jej nie powiedział i dowiedziała się dopiero, gdy przyniosła hańbę rodzinie. Albo to była niespełniona miłość, bo nazwała córkę Ulianka, czyli Julia. Ale skąd by znała Szekspira? Raczej nawet nie czytała.
Perspektywa pozostania nikomu niepotrzebną ciotką lub przespanicą była straszna. Lepiej było być przeklinaną, wyzywaną, ale wydaną. Rodzina robiła wszystko, żeby kogoś namówić. Żeby córki się wydały. A potem wszystkie miały tak samo. Marna I pochowała kilkoro dzieci. Gdy już była stara zastanawiała się, czy w małżeństwie nie było by lepiej bez seksu, bo te porody są takie straszne i to chowanie zmarłych dzieci. Sąsiedzi ją oskarżali, że sama była winna ich śmierci. Że skakała z grapy, żeby poronić. Bogobojna sąsiadka, zaklinała się, że gdy szła drogą słyszała płacz niemowlęcia a gdy weszła do ich domu, już nie żyło. Jaka była prawda? Kogo to obchodziło. Wszyscy wierzyli sąsiadce. A ona? Jej ból, strach, emocje, psychika? Jaka psychika? Jakie emocje? W Rzepiskach nie było czasu ani na psychikę, ani na emocje. Tylko powtarzano, że miałaby się dobrze wyspowiadać. A oni? Oni nie mieli z czego. Że plotkowali, obmawiali, oskarżali. Co to za obmawianie, wszyscy słyszeli, co sąsiadka mówiła. A on? Jeździł do Miasta po białą trumienkę i chował dzieci, tak jak inni, bo wszystkim umierały. Był pracowity. Wychowany na chłopa, nie na dziadę. W pośpiechu, krzykiem, biciem. Co mógł dać swojej babie? To, co sam dostał. Jeden przeklinał, drugi wyzywał, trzeci bił. Wyzwiska? Jakie wyzwiska? Wszyscy ich używali. Były jak kod genetyczny. Nie do przezwyciężenia.
Nie każda była bita. Bitych nawet żałowano, ale nikt im nie pomagał. Bo, choć wszyscy o wszystkim wiedzieli, bardziej niż dziesięciu przykazań, przestrzegano jedenastego: „Nie miysoj sie”. Czasami brat bitej przychodził, żeby porozmawiać ze szwagrem, ale słyszał: „nie miysoj sie”. Sąsiedzi byli chętni do pomocy, gdy krowa się cieliła, gdy koń chorował, gdy ktoś zmarł, ale gdy chłop bił babę, nikt nie reagował.
Marnę II mąż chwytał za włosy i uderzał jej głową o ścianę. Aż ogłuchła. Całe życie była z nim. We wszystkim mu pomagała. Cicha i szybka. Szybko mówiła, szybko się poruszała, szybko jej oczy biegały. Nigdy się nie skarżyła. Jak sarna, wiecznie spłoszona. Dopielęgnowała go do śmierci. Pochowała. Wytrzymała. Gdzie miała pójść. Rodzice mówili, że skoro się wydała, to ma siedzieć z chłopem. Nawet gdyby miała gdzie pójść, bała się, że przyjdzie w nocy, spali, zabije. Bała się, wszystkiego. Całe życie się bała. Najpierw ojca, potem męża.
Gdy, Marna III odeszła od chłopa. Dla wszystkich stała się kurwą. Bo zostawiła dobrego chłopa, który miał fach w ręku. A że pił? No to co. A że uratowała siebie i dzieci? Głupia kurwa. W Rzepiskach największą cnotą było wytrzymać. Przetrzymać wyzwiska, bicie, strach. W odrętwieniu trwać i nie wynosić z domu, bo nie wolno „srać do swojego gniozda”.Choć i tak wszyscy wiedzieli.
Maryna IV urodziła siódme dziecko Pod Zadnim Wiyrym. Rano wstała jak zwykle o piątej, żeby ugotować ziemniaki, zrobić moskole na cały dzień, przygotować sześcioro dzieci. Z wielkim brzuchem usiadła na zeleźnioku, który niemiłosiernie trząsł. Dojechali na najdalsze pole. Grabili owies. Brzuch bolał. Dzieci biegały. Trzeba było zdążyć do wieczora. Gdy to na nią przyszło, weszła do lasu, żeby dzieci nie widziały. Kucnęła. Wiedziała, co ma robić. bo to siódmy poród. Nożem obcięła pępowinę. Poczekała na łożysko. Oparła się o drzewo, żeby odpocząć. Niemowlę zawinęła w koszulę. Kawałkiem szmaty zatamowała ranę. Nie było czasu na wielogodzinne przeżywanie porodu i połogu. Trzeba było rodzić w trakcie. Poród nie mógł przerwać pracy, bo praca dawała szansę na przeżycie. A poród nie zawsze. Niemowlę nie mogło wymusić swoim przyjściem szybszego powrotu do domu. Z tak dalekiego zagona. Kto by tam szedł następnego dnia. Wieczorem Kuba położył Marynę z noworodkiem na wozie, obok gromadki dzieci. Zeleźniok trząsł się i podskakiwał. Dla dzieci to była frajda. Dla matki ryzyko krwotoku, ale gdyby szła 3 km na piechotę jeszcze szybciej by się wykrwawiła. W domu położyła się pod pierzynę. Sąsiedzi przynieśli buteleczkę alkoholu, żeby piła, żeby jej się krew przeczyściła. Gdy wypiła mocno zasnęła. Niejedna zmarła leżąc z zapaloną raną pod pierzyną. Gdzie się miała podmyć, w tej miednicy, w której wszyscy rano myli twarze? Teściowa wiadra nie chciała pożyczyć. Ona przeżyła bo nie leżała, bo musiała wstać do dzieci. Za dwa tygodnie znowu pojechali na zeleźnioku Pod Zadni Wiyr kopać ziemniaki, motykami. Gdy dwutygodniowy Franek był siny z zimna, przykładała, go do piersi, żeby possał i się ogrzał. Potem kopała dalej. Na świecie była wielka wojna. Wiedziała o niej, bo jej braci zabrali. Ona walczyła na swoim polu. Urodziła dziesięcioro dzieci. Siedem i pół roku była z nimi w ciąży. Z mężem, którego jej namówili, choć kochała innego. Tamten też ją kochał. Gdy wyszła za Kubę, podpuszczał sąsiada, żeby im utrudniał życie. I utrudniał. Przez wiele lat trwały sądy o miedzę. Jak mogła kochać swoje dzieci.
Marna V wracała w deszczu z kobietami z odpustu. Parasolek nie miały, tylko zarzuciły na głowy wełniane odziywacki. Przemoczone zrobiły się ciężkie. Gdy przestało padać wzięła kilka mokrych chust od staruszek, żeby im ulżyć. Jej też było ciężko, ale była młoda, silna. W domu poczuła ból w brzuchu. Wyszło z niej coś wielkości dłoni. Zagrzebała to w ogródku pod oknem. Nikomu nic nie powiedziała. W nocy przyśniła jej się Matka Boska, która kazała jej to zanieść na cmentarz. Zawinęła w chusteczkę i zakopała na grobie babci. Dopiero przed śmiercią zaczęła o tym opowiadać. Wiele razy. Bała się, jak będzie sądzona.
Gdy mała Hanusia powiedziała w szkole, że tato rano obiera ziemniaki, cała wieś się z niego śmiała, że robi babską robotę. A on tylko kochał swoją żonę i chciał jej pomóc, bo mieli dużo dzieci. Wszystkie by tak chciały, ale nie miały, więc go wyśmiewały, co to za dziad, że da babie sobą rządzić.
Na krańcu świata, na granicy wytrzymałości, kobieta musiała sobie na wszystko zasłużyć. Zasłużyła, gdy wytrzymała. Bo gdy wychodziła za mąż słyszała, że „wszystko przetrzyma, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję”.
A godność? Jaka godność.

© Irena Bilińska

p.s.
Wszystkie imiona są fikcyjne.

Spod znaku Turula

Po raz pierwszy zobaczyłam Turula na dziedzińcu zamku królewskiego w Budapeszcie. Na wycieczce ze słowackimi historykami. Nie rozumiałam dlaczego musimy oglądać pomnik, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Z niczym nie potrafiłam go połączyć. Nie miałam świadomości, że również historia mojego rodzinnego pogranicza, rozwijała się pod jego skrzydłami. Od dziadków słyszałam tylko o srogich węgierskich nauczycielach. W mojej szkole nie uczono o małych ojczyznach a tym bardziej o ptaku, który u Węgrów wzbudza zachwyt i uwielbienie. Moi słowaccy znajomi podchodzili do niego z akademicką dekonstrukcją, za którą chowała się jakaś niewypowiedziana fascynacja. 

Turul

Turul v Użgorodzie

Turul to nieodłączny element węgierskiej tożsamości narodowej. Tożsamości zwycięskiej, walecznej, ekspansywnej. Podniesiony do rangi bóstwa, bywa uznawany za praojca madziarskich plemion. Materię jego symbolicznej treści utkano z nitek średniowiecznych legend i toposów religijnych, jak: proroczy sen, cudowne poczęcie, wędrówka do ziemi obiecanej. Wielki ptak z otwartym dziobem i rozpostartymi skrzydłami miał wskazywać madziarskim plemionom drogę z ich uralskiej prakolebki do Kotliny Karpackiej. Jako symbol legitymizował zajęcie nowej ojczyzny i tłumaczył militarne rozpychanie się wśród sąsiadów. Wywyższał węgierski naród w językowo i kulturowo obcym świecie. I to nie tylko w średniowieczu, ale również w nacjonalistycznym XIX w., stając się nieodłącznym elementem tworzonej wówczas tożsamości zbiorowej. Bo z tożsamością zbudowaną na mitologii się nie dyskutuje. A Turul uosabiał siłę. Siłę, która wynosiła go ponad orłami, jastrzębiami, krukami i innymi heraldycznymi ptakami Europy Środkowej. Dzięki tej sile, do dziś góruje na cokole w Budzie i w około dwustu innych miejscach na terenach, które kiedyś należały do Korony św. Stefana. Jego rozpostarte skrzydła uosabiają nadprzyrodzoną obronę a ich cień władztwo drapieżnika. Rozpiętość skrzydeł największego Turula, w górniczym mieście Tatabánya, pod Budapesztem, wynosi 15 metrów. Również pod tym względem nie ma sobie równych. Został odsłonięty w 1907 r. na pamiątkę 1000 rocznicy zwycięstwa Węgrów nad Wielkimi Morawami, które rodowi Turula zapewniło „1000-letnie” panowanie w Kotlinie Panońskiej. Czyli w Europie Środkowej.
Pomniki Turula, niczym słupy graniczne, wznoszono wszędzie tam, gdzie w historii sięgało węgierskie władztwo. Można je spotkać w rumuńskim Siedmiogrodzie, w Serbii, na Słowacji, na Ukrainie a nawet w Austrii. Świadcząc o niegdysiejszej wielkości państwa węgierskiego, stają się argumentem dla rewizjonistów, którzy do dziś nie pogodzili się z okrojonym w Trianon terytorium i z nostalgią wieszają na ścianach mapy Wielkich Węgier. Ich Turul to Feniks, który w cudowny sposób miałby wskrzesić dawną potęgę.
W ostatnim czasie widziałam dwa Turule. Na Ukrainie. W Użgorodzie i w Mukaczewie. Użgorodzki Turul skromnie przykuca pod zamkiem. Schowany, za potężnymi murami obronnymi, przeczekał dziejowe zawirowania, zmiany granic i przynależności państwowej. Trwa i świadczy. O millenium przybycia Węgrów do Kotliny Karpackiej. Nie rzuca się w oczy. Nie góruje. Nie prowokuje. Nie jest najważniejszy. Wpisując się w mozaikę użgorodzkiej tożsamości, zaznacza swój udział w dziejach miasta. Ale przegrywa z mitem habsburskim, z kultem wielkich władców Austrii i stawianego, w jednym szeregu, obok nich, ojca Czechosłowacji, Masaryka. Tutaj ważniejsze są sentymenty, idealizujące rządy Marii Teresy i tęsknota za światłym dwudziestoleciem czechosłowackim. Bo korso, bo pojezuicka katedra, bo sakury, bo jesion Masaryka, bo gimnazjum, bo wspomnienie dawnej świetności, której uosobieniem były róże na nabrzeżu rzeki Uż. Czechosłowacki okres Użgorodu, z dzisiejszej perspektywy, to okres swobody i wolności. Rozkwit miejskich bulwarów. Modernizm i funkcjonalizm. Czesko-niemiecki porządek. Okno na świat. Mocny powiew ducha Europy, po którym pozostała tkliwa nostalgia.
Co innego w Mukaczewie. Tam Turul panuje. Wysoko na wzgórzu, przy potężnej twierdzy Rakoczych, Palanka. Widać go z daleka. Sprawia wrażenie, jakby tylko na chwilę przerwał kontrolny lot i prowokacyjnie przysiadł na wysokim cokole. W latach 50-tych XX w. próbowano ukrócić to panowanie. Turula zdjęto a w murach twierdzy umieszczono najpierw milicję, potem szkołę rolniczą. Ale Turul wrócił. Pomimo protestów ze strony ukraińskiej. Ponownie zasiadł na okole w 2008 r., w kolejną okrągłą, czyli 1100 rocznicę opanowania Kotliny Karpackiej przez Węgrów. Szukam porównań. Nie wyobrażam sobie, żeby Polacy z okazji podobnego millenium instalowali orła na bramach Kijowa, czy Lwowa. Ale z perspektywy Turula to tylko przywracanie pamięci historycznej. Skuteczne. Bo Turul-symbol, widoczny z daleka, staje się ważniejszy niż potężna twierdza, do której prowadzi ulica Kuruców, węgierskich powstańców. Bo przecież Palanka to symbol węgierskich walk z Habsburgami. W XVII w. była siedzibą Imre Thökölyego i Franciszka II Rakoczego, wielkich przywódców powstań przeciwko Wiedniowi. Piękna Helena Zrinska, matka Franciszka II Rakoczego i żona Imre Thökölyego przez trzy lata broniła twierdzy przed Habsburgami. Nagrobki Heleny i Franciszka II oglądałam kiedyś w katedrze św. Elżbiety, w Koszycach, na Słowacji, niegdysiejszej stolicy węgierskich powstań antyhabsburskich. Przykrywała je gruba kołdra małych wianków z biało-czerwono-zielonymi wstążeczkami, w węgierskich barwach narodowych. Falowały, jak historia w tej części Europy, która nie zawsze wiedziała, w którą stronę ma skręcić i wytyczała zakola.

Palanka

Palanka

Palanka jest ogromna i opustoszała. Za dużo korytarzy, dziedzińców, krużganków, lochów. W grubych murach skromnie prezentuje się Muzeum Etnograficzne Zakarpacia. W dawnych salach rycerskich trudno docenić walory chłopskich sukman i kołysek. Lniane koszule powieszone w obcej dla nich przestrzeni, z zawstydzeniem wystawiają swoje hafty na widok publiczny. Nie harmonizują z duchowym przesłaniem tego miejsca. Lepiej prezentują się ryciny, mapy, druki i fotografie Muzeum Historycznego. Ale i one nie do końca współgrają z treściami historycznymi, którymi przesiąknięte są mury. Pustymi oczodołami arkad wdziera się wiatr wypraszanej historii. Nie jest w stanie go zatrzymać Fiodor Koriatowicz, średniowieczny, litewski władca zamku, który niczym stróż niewęgierskich dziejów, stanął przy wejściu do muzeum, na górnym dziedzińcu. Z wypolerowanym, przez zwiedzających, palcem, wygląda jak gość z innej planety, który wbrew własnej woli został tutaj przytwierdzony. W swojej artystycznej obojętności, koresponduje z pomnikiem, ideologicznie ubrązowionych, apostołów Słowian, Cyryla i Metodego, którzy równie niespodziewanie wyrastają z betonowego deptaka w centrum Mukaczewa. Mają świadczyć o przedwęgierskiej erze Zakarpacia. Apostołowie mają przypominać o przynależności tych ziem do dawnej wspólnoty Słowian, do Rzeszy Wielkomorawskiej. Tylko, że to Turul świętuje kolejne okrągłe rocznice zwycięstwa nad tamtym państwem.
Pod zamkiem kwitną kwiaty. Jedziemy w kierunku granicy ukraińsko-węgierskiej. Z prawej strony krajobraz górzysty, jak na Słowacji, z lewej równinny, jak na Węgrzech. W radiu przeplatają się słowackie melodie, z radia Regina, z węgierskimi, z radia Kossuth. Drogą jedzie żołnierz. Na rowerze. Nie spieszy się. Jedzie do pracy. Nie na wojnę. Wojna jest daleko. Tutaj nie chcą mieć z nią nic wspólnego. Uważają, że to wojna mafii, w której giną niewinni ludzie. Oni chcą żyć. Patrzą na południe, na granicę, którą można przekroczyć z kartą MRG, żeby potem wyciągnąć węgierski paszport i jechać jak najdalej. Nie czują się częścią wschodu. Żyją na południu. Przy granicy, która nie jest obszarem zagrożenia. Tutaj są u siebie. Od zawsze. Tutaj mają swoje rodziny i swoje uporządkowane cmentarze, które, bardziej niż domy, są wyrazem ich zakorzenienia, bycia od zawsze. Na cmentarzach nie widać opuszczonych, zarośniętych grobów. Zupełnie inaczej niż na zachodniej Ukrainie.
Na Zakarpaciu nawet czas płynie inaczej. I zegary tykają po swojemu. Nieoficjalnie wskazując, oficjalnie używany, czas miejscowy. Określany jako środkowoeuropejski, czy wręcz budapesztański. W odróżnieniu od kijowskiego. Bo Budapeszt jest blisko a Kijów daleko. Za   Karpatami. Są grekokatolikami, ale święta obchodzą z rymokatolikami. Po europejsku. Mieszkają w domach pokrytych glinianą dachówką, a nie trującym eternitem. Granica między cywilizacją szarego eternitu a czerwonej dachówki ukrywa się w karpackich przełęczach. Jakby Karpaty wykrzywiały oś ziemi. Wschodowi przeciwstawiając południe. Za nimi są nieskończone bezkresy, przed nimi geometrycznie zagospodarowane pola warzyw i sadów. Tam są łany i wódka, tu warzywa i winnice. W zadbanych ogródkach kwitną kwiaty. Domy też jakby urosły. Są wyższe i większe niż z drugiej strony Karpat. Bardziej kolorowe, bardziej zadbane. Ich mieszkańcy poruszają się na rowerach, małe koniki ciągną drabiniaste wozy. Gospodynie sprzedają jajka, mleko, owoce i warzywa. Choć to środek tygodnia, jest odświętnie i kolorowo. Zakarpacie to uśmiech Ukrainy.
Dojeżdżamy do miasteczka Beregovo. W centrum miasta Plac Bohaterów. Wielkie betonowe postacie i pomnik z gwiazdą czerwonoarmistów. Oswobodzicieli. Wokół duże drzewa i zniszczone ławki. Wyrośnięta trawa. W cieniu drzew, jak kury, w wykopanych w ziemi zagłębieniach, śpią rodziny bezpańskich psów. Oswobodzicieli nikt nie wyprasza. Psów nikt nie przepędza. Miejscowi chodzą ulicą Koszuta. Plac Bohaterów oddziela niewidzialna granica. Między swoim a obcym. Naszym a nie naszym.

Beregovo

Beregovo

         Życie miasteczka toczy się wokół największego budynku przy ul. Koszuta, Węgierskiego Instytutu Zakarpackiego, im. Franciszka Rákoczego II. Słońce odbija się w jego biało-żółtych kolorach. Instytut promieniuje. To świątynia oświaty. Skupia całą energię miasteczka. Góruje nad sąsiadującymi kamieniczkami, które nie mogą mu dorównać, ani wystrojem, ani wielkością, ani intensywnością barw. Choć każda z nich to perełka, tyle, że z innych paciorków, których już nie kończy synagoga. W czechosłowackim międzywojniu architektoniczną równowagę ulicy zapewniał secesyjny hotel Złota Pawa, z wieżyczkami, pawimi ogonami, pawimi piórami i pawimi głowami, na elewacji, w oknach i wystroju. Dziś mało zachęcającymi świadkami międzywojennej elegancji. Przed hotelem przycięte klomby. W klombach pomnik eleganckiego, szczupłego młodzieńca, który jakby tylko na sekundę zatrzymał się w tym miejscu. To Sándor Petöfi. Deptak Koszuta przecinają uliczki Seczeniego, Zriniego, Rakoczego. Przykościelny teren uwzniośla popiersie węgierskiego króla św. Stefana I. Na kamienicach wiszą tablice, upamiętniające pobyty węgierskich twórców, działaczy, bohaterów narodowych. Pod każdą tablicą okrągłe wianuszki z tasiemkami w kolorach węgierskich barw narodowych. I napisy. Dwujęzyczne: Tu żył…, tu się urodził…, tu się zatrzymał…, tu mieszkali rodzice….. Gdyby z podobną skrupulatnością we Lwowie czczono wszystkich znaczących nieukraińskich gości i obywateli grodu Lwa, pod każdym oknem, w centrum miasta, musiałaby być tabliczka z nazwiskami sławnych Austriaków, Czechów, Ormian, Niemców, Polaków, Włochów, Żydów i innych.
Ulicę Koszuta zamyka betonowa socrealistyczna bryła miejskiego domu kultury. Na drzwiach plakat z podobizną Bohdana Chmielnickiego. Dla równowagi. Obok domu kultury, na załamaniu muru, w kącie, wielki plakat upamiętniający Niebiańską Sotnię. Ze zdjęciami tych, którzy zginęli na Majdanie. Nad plakatem napis w języku ukraińskim: Na zawsze pozostaną z nami. Na ziemi kilka zniczy. Obok, na chodniku, mleko, kwiaty, owoce. Jedni sprzedają, inni kupują. Kolejne Campo di Fiori….
Zatrzymujemy się w miejscowości Janoszi. Próbujemy się zakwaterować. Recepcjonista rozmawia z nami po ukraińsku. Słychać, że w głowie tłumaczy z węgierskiego. Personel mówi ze sobą po węgiersku. Z nami po rosyjsku. Przypominają mi się węgierskie liczebniki, których uczyli mnie dziadkowie, na innym pograniczu. Proponują nam apartament, z którego korzysta węgierski ambasador. Wielkie pokoje z wielkimi łożami. Zajmuje pół piętra. Bierzemy pokój dla zwykłych turystów. Włączamy telewizor. Córka z radością znajduje film „Marta mówi”. Tylko, że tutaj Marta mówi po węgiersku. Oglądamy, nawet nie próbując się domyślić, co Marta chciała powiedzieć.
Gdyby nie sporadycznie pojawiające się ukraińskie flagi, nie byłabym pewna, gdzie jesteśmy.

© Irena Bilińska

Tekst został opublikowany w gazecie: „Kurier Galicyjski”, 14 – 27 sierpnia 2015, nr 14 – 15 (234 – 235), s. 36 – 37.

Rzym we Lwowie

     Wielkanoc to dla mnie Rzym. Rzym, w którym 10 lat temu zaczął się nowy etap mojego życia. Wcześniej znałam to miasto, ale tym razem odkrywałam je na nowo. Bo w Rzymie za każdym razem można podążać innymi ścieżkami, przemierzając inne ulice, inne style, inne wieki i inną historię.

DSC_1398

               Tym razem, z uwagi na Wielki Tydzień, skupiamy się na galeriach i kościołach z obrazami Caravaggia. Ich barokowy naturalizm i emocjonalna głębia wewnętrznie korespondują z wieczorną liturgią w Bazylice św. Piotra. Podczas zwiedzania towarzyszy nam niepewność, czy liturgię Triduum Paschalnego będzie celebrował nasz papież. Złudzenia rozwiewają zakulisowe informacje o bardzo złym stanie zdrowia Jana Pawła II. Niby wiedzieliśmy, ale trudno się z tym pogodzić. Uroczystościom przewodniczy kardynał Ratzinger. Siedzimy z boku, na wysokości ołtarza, ale trudno się modlić. Forma przesłania treść. Misterium odbieram jako cudowny koncert, nadawany na najwyższych tonach chłopięcych chórów. W złotej oprawie kardynalskich szat. Bezwolnie poddaję się czystym dźwiękom i złotej poświacie. O drzewie, które w te dni jest najważniejsze, przypominają brązowe kolumny nad konfesją świętego Piotra, które jakby łączyły niebo z ziemią. Po uroczystościach wpatrujemy się w światło w oknach papieskich apartamentów. Nie wiemy, że za kilka dni cały świat będzie wpatrzony w te okna. Nie wiemy również tego, że w Wielki Piątek papież przyciska do piersi krzyż, który za kilka lat będziemy adorować w katedrze łacińskiej we Lwowie. W poranek Wielkanocny pada ulewny deszcz, ale zanim dotrzemy na Plac św. Piotra pojawia się słońce, złote i ciepłe. Miasto jest świeże, czyste, jakby nowe. Uroczystości tradycyjnie podniosłe. Rozpoczyna się kazanie. Wysoko z okna biblioteki. Nikt nie wie, że to ostatnie kazanie papieża. Z oddali robię zdjęcia. W przybliżeniu, na telebimie widać, jak Ojciec Święty, z największą trudnością, wypowiada pojedyncze wyrazy. Jak silny duch walczy z coraz słabszym ciałem. Jak narzędzia mowy zamiast artykułować, zamykają przejście dla głosek. Przykro patrzeć. Smutek i żal. Wrażenie przerasta sens słów. Na zakończenie orkiestra gwardzistów szwajcarskich gra uroczystego marsza. Podniosłe bicie dzwonów ogłasza światu zmartwychwstanie. Mnie pęka głowa.
Za parę dni mój mąż będzie pisać osobiste wspomnienie ze spotkań z Janem Pawłem II[1]. Za parę lat zamieszkamy w Rzymie i wyjedziemy stamtąd do zupełnie mi nieznanego Lwowa.
We Lwowie nie szukam rzymskich śladów. Pojawiają się same. Na ulicach miasta bez trudu można znaleźć napisy w języku włoskim. W oryginalnej pisowni lub w transkrypcji: prodottisposa, bianco rosso, mangiare, celentano, perfetto, albero i wiele innych. Sieć salonów kosmetycznych nosi nazwy rzymskich wzgórz. Są sklepy z włoskimi sukienkami ślubnymi, torebkami, butami. Nieraz droższymi niż w Rzymie, ale ich kolory i fasony jaskrawo ożywiają zakurzony lwowski bruk. W sklepikach z artykułami spożywczymi można kupić prosciutto di Parma, mozzarellę di bufala, parmezan, frutti di mare, włoskie wino a nawet włoskie latte, czyli mleko i burro, czyli masło. Tylko ceny, zamiast na towarze, bywają ukryte w komputerze lub w głowie sprzedawcy, ad hoc oceniającej status kupującego. Są wreszcie restauracje, choć nieraz tylko z nazwy przypominające włoskie smaki. Za bardziej rzymską można by uznać gastronomiczną różnorodność Lwowa. Skrzyżowanie wschodnich i zachodnich tradycji kulinarnych.

renesansowe kamienice we Lwowie

renesansowe kamienice we Lwowie

        W literaturze i przewodnikach, wśród znaczących dla dziejów miasta obywateli,  wymieniane są włoskie rody Ubaldinich i Kampianów, nie mówiąc o śladach transakcji handlowych, czy historii miłosnych, z Włochami w roli głównej. Kończących się nieraz napisami na płytach nagrobnych, rodem z Romea i Julii, napr.: „Śmierć nie rozłączyła tych, których połączyła miłość”.
Podobnie jak Rzym, Lwów też położony jest na wzgórzach i ma wiele twarzy. W starożytności Rzym nazywany był po prostu Miastem przez duże „M”, podobnie w przeszłości nazywano Lwów, aż do II wojny światowej. Guido Piovene oceniając rzymian, pisał, że są pełni sprzeczności, że z jednej strony wynoszą pod niebiosa piękno swojego miasta a z drugiej strony są na nie obojętni. Odnoszę wrażenie, że coś podobnego cechuje mieszkańców Lwowa. Z jednej strony rozpiera ich duma z tego, w jakim mieście żyją, z drugiej brakuje im poczucia indywidualnej odpowiedzialności za jego stylową i artystyczną autentyczność. Nie dbają o to, co mają, w imię poszukiwania namiastek nowoczesności, nieraz w postaci plastikowego eurostylu.
Kiedyś miasto królewskie i ważny punkt na mapie handlowej i kulturowej Europy, przez wieki pełnił reprezentatywne funkcje. Architektoniczna oprawa tychże funkcji w wielu miejscach przetrwała do dziś, w specyfice kamienic, krużganków, portali, rzeźb, fresków i malowideł, które swoim rodowodem sięgają na południe Europy, m. in. do Włoch. Przykładem tego są kamienice na lwowskim rynku, arcydzieła renesansu. Zaprojektowane m.in. przez sprowadzonych za panowania Zygmunta Starego, włoskich architektów. Narożna kamienia Bandinellich, tajemnicza „Czarna Kamienica”. Podobny rodowód ma należąca m.in. do Sobieskich i nazywana „Małym Wawelem” kamienica królewska, z piętrowymi arkadami-krużgankami i włoskim dziedzińcem, albo nazwana na cześć konsula Republiki Weneckiej kamienica Wenecka z godłem Wenecji, nad portykiem wejściowym.

              Jeszcze bardziej czytelnym przykładem włoskich, czy wręcz rzymskich wpływów we Lwowie są budowle sakralne. Szczególnie liczne i różnorodne w mieście będącym siedzibą trzech arcybiskupstw: łacińskiego, grekokatolickiego i ormiańsko-unickiego, jak również gminy żydowskiej. Włoskie wpływy można odnaleźć w bryłach wielu kaplic i kościołów. Świadczą o nich m. in. niegdysiejsze kościoły Bernardynów i Dominikanów, kaplica Kampianów w katedrze łacińskiej, czy porównywana do wieży kościoła Santo Spirito w Rzymie, wieża cerkwi Wołoskiej, wspaniałe dzieła mistrzów włoskiego pochodzenia, m.in. Piotra Barbona, Pawła Rzymianina, Pawła Szczęśliwego, Ambrożego Przychylnego. Barokowym dziełem włoskich architektów była również, bezpowrotnie zniszczona podczas wojny, synagoga Złota Róża. Dla mnie jednak najprawdziwszym kawałkiem Rzymu we Lwowie jest dawny kościół Jezuitów, pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Dziś kościół garnizonowy. Zbudowany na początku XVII w., m.in. pod czujnym okiem generalnego architekta Jezuitów w Polsce Giacomo Briano, tak aby godnie reprezentował potęgę zakonu i głębię przesłania. Architektoniczne szczegóły monumentalnej bryły, nawiązujące do rzymskiej siedziby Jezuitów Il Gesù, przeniosły do Lwowa atmosferę barokowych kościołów Wiecznego Miasta. Pomimo ogromu przestrzeni, ciemne marmury stwarzają nastrój skupienia, poczucie łączności z tym, co podniosłe. Artystycznej wymowy wnętrza nie mogły zaburzyć połamane, po II wojnie światowej, rokokowe krużganki, czy rany zadawane freskom i marmurom, gdy kościół przez półwiecze pełnił funkcję magazynu dla zbiorów z dawnego Ossolineum. Bez względu na zniszczenia wnętrze zachowało pamięć o niegdysiejszej świetności i wewnętrznej łączności z artystycznie życiodajnymi źródłami. Duch, zamknięty w architektonicznej harmonii, przetrwał śmiertelnie niebezpieczną historię. Teraz musi znieść renowację, żeby przy zacieraniu ran, nie zostało zatarte świadectwo przynależności świątyni do świata wielkiej kultury. Do Europy.
Zupełnie inny styl i zupełnie inna atmosfera cechuje lwowską katedrę łacińską. Ale i tam można znaleźć znaczące włoskie wpływy, chociażby w kaplicy Kampianów, po lewej stronie nawy głównej. Pokryta ciemnym marmurem. Piękna i dostojna. Z uwagi na artyzm i religijną wymowę, idealne miejsce na wielkotygodniową adorację. Dla mnie jednak bardziej osobistym łącznikiem z Rzymem jest kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej, która stała się miejscem kultu św. Jana Pawła II. Przedstawia swoistą kontynuację tego, co przeżywaliśmy w Wielkanoc 2005 roku i jest jakby przypomnieniem, czy wręcz świadectwem swoistego odejścia od grobu, opuszczenia tego grobu, który odwiedzałam w podziemiach bazyliki św. Piotra, gdy mieszkaliśmy w Rzymie. Bo beatyfikację i kanonizację papieża Polaka przeżywaliśmy już we Lwowie. Można by sądzić, że religijnie czytelna kontynuacja, wewnętrznie wpisuje się w symbolikę Wielkiej nocy, która we Lwowie ma niemal watykańską oprawę. Liturgiczne bogactwo, różnorodność śpiewów i języków przenosi do Rzymu, m.in. do tamtego Rzymu, sprzed dziesięciu lat.
Z tą różnicą, że teraz każdy, gdziekolwiek na świecie, może wpatrywać się w pogodny,  wyraz twarzy Jana Pawła II. Wyniesiony na ołtarze Ojciec Święty, trafia nie tylko na ścianę galerii byłych papieży w Bazylice św. Pawła za murami, ale wszędzie tam, gdzie ktoś zechce przedstawiać mu swoje prośby.

© Irena Bilińska

Tekst został opublikowany w gazecie „Kurier Galicyjski”, 31 marca – 16 kwietnia 2015, nr 6 (226), s. 21.

 

[1] Wojciech Biliński: Wspomnienie, [w:] Monitor Polonijny, 2005, X, nr 5, s. 5;  http://issuu.com/monitorpolonijny/docs/mp2005_05

Znaki, kody i piasek

             Refleksje o sztuce objazdowej czasu wojny.

Hotel w centrum Lwowa. Zbiórka pieniędzy dla dzieci poległych w wojnie żołnierzy, pod hasłem „Miłość uratuje świat”. Zastanawiam się, czy hasło nie jest zbyt śmiałe? Czy miłość uratuje Ukrainę? Czy zaleczy blizny, zadane przez bliźnich? A może wystarczy, że otrze łzy z zapłakanej dziecięcej twarzy? Pomoże komuś, kogo życie zamieniło się w oczekiwanie?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

              Pomiędzy przemówieniami i zbiórką pieniędzy, program artystyczny. Artystka w złotej sukience, maluje, na podświetlonym ekranie, obrazki z piasku. Szybkimi ruchami rąk czaruje rodzinną idyllę. Chłopczyk, dziewczynka, ojciec, matka, tort z sześcioma świecami. Na twarzach radość. Uśmiechnięte oczy. Odświętne ubrania. Soroczki. Szczęście. Z oddali nadciągają grzmoty. Dzieci zostają zmiecione. Żona także znika. Na ekranie pozostaje ojciec. Na głowie wyrasta mu hełm, na plecach karabin. Nieznane miasto, czołgi, drogi, płomienie. Złowroga muzyka. Wybuchy i kratery. Ruchy artystki stają się coraz szybsze. Piasek zasypuje to, co jeszcze przed chwilą żyło. I inna muzyka. Wolniejsze ruchy. Dzieci i telewizor. Na ekranie żołnierz. Ojciec. Chłopiec i dziewczynka wpatrzeni w ekran. Nie widać ich twarzy. Nie wiadomo, czy wyrażają dumę, czy smutek. Wszystko jest kruche i ulotne. Ziarenka piasku, jak w klepsydrze, bezlitośnie zmieniają swoje położenie. Kreują nowe sytuacje, grzebiąc poprzednie. Czas zwariował. Pędzi na oślep. Nie wiadomo, kiedy zwolni. Kto za nim nadąży. Kto wytrzyma. Najgorsze jest to zasypywanie. Bo zasypani nie zdążyli nawet zamknąć oczu. Nie miał im kto zamknąć oczu. Tylko widzowie mimowolnie przymykają oczy. Jakby się bali tego piasku. I znowu żołnierz-ojciec. Obok niego z ziarenek powstaje kobieta-matka. Dzieci nie ma. To niby ta sama para, ale jakaś inna. Żyje, jakby nie żyła. Postaci unoszą się w powietrzu, nad makami i kłosami. Koniec. Ostatnia scena przypomina haftowane obrazki, jakie wiszą w wiejskich domach z napisami: „Szczęść Boże” lub „Kto rano wstaje temu Pan Bóg daje”. Na tym obrazku ziarenka piasku ułożyły napis: Jedyna Ukraina!
Rusza karuzela dobroczynności. I nowy show.
Tym razem pojawia się chłopak. Narodzony w wolnej Ukrainie, więc za młody na front. Walczy na płótnie. Na dużym ekranie tworzy obraz za pomocą światła. Organizatorzy proszą, żeby goście nie robili zdjęć, bo to niszczy efekt, podświetla obraz. Chłopak robi krzyżyki. Tworzy gwiazdy. Pod nimi prostokąty. Bloki. Z rozświetlonymi oknami. Powstaje senne miasteczko. I znowu grzmoty. Agresywne języki płomieni wdzierają się do okien. Prostokąty tracą kształt. Linie stają się coraz grubsze i coraz mniej wyraziste. Nie czas na szczegóły, gdy niewidzialna siła poruszyła świat w posadach. Toczy się wielka batalia. Czołgi, wybuchy, kratery. Na pierwszym planie zostało tylko drzewo, które wznosi ku niebu swoje nagie konary. I zwycięzcy, których rozmiary urastają do nadludzkich monumentów. Grube kreski zamieniają ludzi w pomniki. Bo to jest zwycięska historia. Manifestacja siły. Nie ma emocji, nie ma ludzi. Są tylko bohaterowie. Na koniec do artysty podchodzi dziewczyna. Obejmują się. Ktoś im robi zdjęcie, podświetlając księżycowy krajobraz zniszczeń. Ciemne kontury pary zasłaniają ruiny. Zwycięża miłość.
Oklaski. Wszyscy kiwają głowami. Wszyscy rozumieją.
Zastanawiam się, skąd to znam. Co mi ten obraz przypomina. Déjà vu. Na płótnie ożyły obrazki z podręczników do historii, z czasów, które raz na zawsze miały pozostać zamknięte w grubych tomach, jako przykład sztuki reżimu słusznie minionego. To sztuka radzieckich podręczników. Ilustracje z wielkiej wojny ojczyźnianej, Staliningradu… Młody człowiek naiwnie przyjął za swój środek wyrazu elementy odczłowieczonych socrealistycznych monumentów. Widocznie tak go uczono. Dlatego teraz wyraża swój bunt poprzez kody kulturowe, które  były stworzone do innych treści i do innych celów. Tak skutecznie, że młody artysta, uważa, że to dobrze, że przejmuje znaki, które jego odbiorcy mają wyryte w świadomości jako symbole chwały. Ale dzisiaj to inna chwała. Inne symbole i inne treści. Dziś wszystko oznacza coś innego. Tylko młodego człowieka nikt na to nie przygotował.
A może taki był zamiar organizatorów? Ukazać dwie tożsamości narodu? Tę delikatnie wyszytą kobiecą ręką na koszulach i kilimach, z kłosami, makami i odwieczną tęsknotą. Oraz tę, która manifestuje siłę w podręcznikach, które obowiązywały przez pół wieku i tak skutecznie formowały mentalność pokoleń, że dziś posługują się nimi nawet ci, którzy nie zgadzają się z ich przesłaniem.
Poetka Krystyna Miłobędzka, reagując na stan wojenny w Polsce w 1981 r., stwierdziła, że jedyną pozytywną rzeczą, jaka może pozostać po wojnie, jest absolutna odmiana wyobraźni. Może to, co się teraz dzieje na Ukrainie jest również wielką batalią o przemianę indywidualnej i zbiorowej wyobraźni? Walką o kulturową i cywilizacyjną tożsamość i pamięć narodu? Czeski pisarz Milan Kundera, autor eseju „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej” (1983/1984), który wzniecił wielką dyskusję o kulturze i granicach Europy Środkowej, nie widział w niej Kijowa, bo nie wyobrażał sobie, żeby w Kijowie naród walczył o prawo do samostanowienia o sobie. Nie przewidział ani Pomarańczowej rewolucji ani Majdanu. Ale dziś, gdy już nie można mówić, że wolność była Ukraińcom dana, twórcy powinni zastanowić się nad doborem środków wyrazu, którymi przekażą światu tragiczne doświadczenia swojego narodu. Zwłaszcza ci, którzy tworzą dla mas, powinni szukać takich znaków, kodów a może i języka, którymi wyraziliby najnowsze dzieje Ukrainy, bez zgubnego kopiowania ilustracji do innych treści. Żeby uniknąć wtórnego wdrukowywania ich w świadomość coraz młodszych odbiorców. Bo jak twierdził pisarz Daniło Kiš język to nie tylko wyrazy, ale przede wszystkim los i pamięć.

 © Irena Bilińska
Tekst został opublikowany w gazecie „Kurier Galicyjski”, 17 marca – 30 kwietnia 2015, nr 5 (225), s. 27.