Twarze

Twarze

Koncert utworów młodych kompozytorów z krajów Grupy Wyszehradzkiej. Wszystkie utwory zostały napisane specjalnie na tę okazję. Jako data powstania przy wszystkich widnieje 2017 rok. Trochę mnie niepokoi, czy moje uszy i nerwy zniosą aż taką nowoczesność. Dyrektor festiwalu Warszawska Jesień mówi o związkach między muzyką a polityką. Wzbudza tym jeszcze większe moje wątpliwości.
Koncert rozpoczyna utwór młodego polskiego kompozytora Karpaty. Dzieło imponuje odwołaniami do wyszehradzkich motywów. Nowoczesność przeplata się z folklorem ziem górskich. Laurka. Nie przepadam za góralszczyzną w muzyce klasycznej. Raduje mnie, że to dzieło, może i wielkie, nie nadwyrężyło mojego wewnętrznego spokoju. Kolejno utwór młodego czeskiego kompozytora: Raindrops on Plastic Rooftops. Rzeczywiście tak to brzmi. Oglądam złocenia na ścianach Sali Balowej Zamku Królewskiego. Autorką następnego dzieła jest kobieta. Jana Kmiťová, Słowaczka z Preszowa, która mieszka w Wiedniu. Z opisu utworu widać, że potrafi pisać z dużą swobodą. Jest autorką poezji. Utwór muzyczny nazwała Gesichsstudien, nawiązując do wystawy autoportretów Rembrandta, na których artysta przedstawiał różne odsłony własnej twarzy. Ona poprzez muzykę chce wyrazić emocje, jakie pozostawiły w niej napotykane twarze.
Mocne, wyraziste dźwięki wrzynają się w mózg, wibrują. Muzyka wbija mnie w fotel. Przed moimi oczami pojawia się galeria zmarszczkami przeoranych twarzy, która przesuwała się co roku w Wielki Piątek w rzepiskim kościele, w kierunku adoracji krzyża. W domu mama później mówiła, jacy ci ludzie są spracowani. W ostatnią Wielkanoc też czekałam na taką galerię. Ale jej nie zobaczyłam. Ludziom żyje się lepiej. Szły spokojne, gładkie twarze. Widzę twarz mojego dziadka. Stanowcza, wzbudzająca respekt. Blada twarz babci z liśćmi kapusty na karku. Miały zbijać ciśnienie. Na starość chorowita, choć w młodości silna i dzielna. Twarze w albumach mamy. Uśmiechnięte na zdjęciach weselnych i smutne na pogrzebowych. Mama z wysoko upiętym kokiem. Tylko wieczorami rozpuszczała długie kasztanowe włosy. Malutkie zdjęcia ze mną-bobasem. Z uśmiechniętą twarzą. Klasowe zdjęcia. Najczęściej bez mojej twarzy. W dużych okularach nie czułam się fotogeniczna. Chowałam się za twarzami kolegów. Własną twarz odkryłam dopiero na zdjęciach ze studniówki. Ładna, bez okularów, za to w dziwnych lokach. Taka była moda. Obojętne twarze w Bratysławie. Obce. Przebojowe twarze koleżanek. Dobrotliwa twarz ciotki Eleny. Z Trybsza. Twarz profesorki Urbancowej od romantyzmu. Dawno odeszła. Romantyzm pozostał. Twarze poważne i odpychające. Elektryzujące i bezczelne. Twarze przyjaciółek, serdeczne i wyrozumiałe. Okrągła twarz bezdomnego, z charakterystycznym głosem. Sprzedawcy gazet. Twarze narkomanów na Rovniankovej. Twarz mamy, zatroskana, ale dumna. Twarz taty, wiadomo, że sobie poradzisz. Twarz, która zmieniła wszystko. Delikatna twarz dziecka. Najcudowniejsza na świecie. Dobrotliwa twarz siostry od sztuki karmienia piersią. Smutna twarz pani Niny w Kiszyniowie. Robiła piękne róże z pożółkłych liści klonu. Piękna twarz dziewczyny w różowym dresie, żebrzącej z dzieckiem na schodach rzymskiego metra. Twarz z biegnącym pistoletem przy dworcu Termini. Nadęta twarz ciecia na eleganckim rzymskim osiedlu, który patrzył na nas z góry. Szeroka twarz fryzjera Dina, który robił mi najlepszy castagna miele na włosach i nie przyjmował do wiadomości, że gdzieś mogą być piękniejsze targi świąteczne niż w Neapolu. Wielkie mózgi bez twarzy w garniturach. Pulchne twarze w sutannach. Antyterrorysta, który szkolił, żeby twarzom nie patrzeć prosto w oczy. Facet z twarzą-maską w eleganckim lwowskim hotelu i ochroniarzami w czarnych koszulkach z napisem Masakra. Radosne twarze Tatarów w Bachczysaraju. Pomięte twarze facetów ze złomem na warszawskiej Pradze. Najszczęśliwsza twarz Krysi malarki. Drugi raz się urodziła, gdy urodziła dziecko. Choć prawie nie żyła. Melancholijna twarz wspaniałej matki, żony przystojnego męża. Niespokojna twarz lektorki, która uciekła ze swojego miasta rodzinnego, ale każdą wypowiedź zaczynała od słów But in Kirowograd… Twarz Helgi, która straciła najpierw córkę, potem męża, potem córkę. Drobniutka twarz Trudi, która nie zdradziła mężowi mrocznych tajemnic z dzieciństwa. Gdy zmarła, on opiekował się studentami z Ostbloku, bo nie miał własnych dzieci. Twarz Gajane, która pamiętała o skutkach ubocznych wszystkich leków naturalnych i syntetycznych i dbała o wszystkich, tylko nie o sobie. Pogodna twarz skrzypaczki Ewy, która zna mnie od dziecka i udziela mądrych rad. Skupione twarze kobiet, życzliwych życiowych akuszerek. Uśmiechnięta twarz babci Ani. Królewska twarz Ani, której babcia jeździła fordem a ona ma psa Forda. Szczera twarz Karoliny, która zawsze wie, kiedy rzucić koło ratunkowe. Dydaktyczna twarz Irminy.
Zastygłe twarze.
Twarz Marii. Niepokojąca twarz szmacianej lalki w pokoju z łóżkiem matrimoniale w domu Hannibala pod Wenecją obok czarno-białej fotografii syna, który zginął w młodym wieku. Pożółkła, stężała twarz Bolka, lekarza ze Lwowa, którego po śmierci pochowano w grobie matki, żeby byli razem, bo cała rodzina wyjechała do Polski.
Delikatne, pojedyncze uderzenia.
Przejście.
Spokojna twarz mojej mamy. W trumnie.
Koniec.
Cisza.
W pierwszym rzędzie młody węgierski kompozytor rozgląda się po sali, czy będą oklaski.
Będą.
Niech tylko spokojnie odejdzie ostatnia twarz.

moja prababcia Maria w USA, początek XX w.

 

Irena Bilińska

Tajemnicza republika

Tajemnicza republika

            Wśród gości hotelu na greckim półwyspie dominują Polacy, Serbowie, emigracyjni Rumuni, którzy udają Niemców oraz rdzenni Ukraińcy i Rosjanie, którzy udają, że ich nie ma. Polacy i Serbowie nie muszą udawać. Serbki wykrzykują na dzieci, klapsami wskazują im miejsce przy stole i w rodzinie. Polacy piją ouzo z sokiem grapefruitowym i łamanym angielsko-niemieckim bratają się z ratownikiem.

Między leżakami przechadza się przystojny Serb z wytatuowanym na klacie obrazem świętego w typowo wschodnim nakryciu głowy, w czerwonym kolorze. Może to św. Jerzy, bo na ramieniu Serba wije się również czarny smok. Blady Ukrainiec z twarzą filozofa i zwichrzoną brodą, kąpie się z grubym, drewnianym różańcem na szyi. Po kąpieli wraca do rodziny, czwórki drobnych dzieci i wielkiej żony, wyglądającej jak jego matka. Może to jego matka. Wielki  drewniany różaniec wisi też na szyi Rosjanina. Polskie dzieci wykrzykują w basenie. Szczuplutkie rosyjskie i ukraińskie dziewczynki, bez słów, podskakują w rytm wyuczonych kroków baletowych.

                  Nie ma długiego nocnego życia. Wieczorami goście szybko rozchodzą się do pokoi. Podczas kolacji tylko pod jednym rosyjskim stołem stoi butelka. Od czasu do czasu nalewają wódki do szklanek i bezdźwięcznie stukają się nad stołem. Odnoszę wrażenie, że mężczyźni czasami gdzieś znikają a na plaży, pozostają jedynie kobiety z dziećmi, ale nie zastanawiam się nad tym. Bardziej interesuje mnie ta ostentacyjna manifestacja wiary. Wcześniej nie widziałam nikogo, kto na torsie miałby wyrytego patrona, lub kąpał się z różańcem. Próbuję znaleźć wytłumaczenie, czy to po prostu wiara, czy jeszcze coś innego?
Gdy dowiaduję się o możliwości rejsu wzdłuż wybrzeży półwyspu Athos, zapisuję się bez namysłu. O tajemniczej republice prawosławnych mnichów na trzecim chalcydyckim palcu wiem niewiele. Wiem natomiast o zafascynowaniu słowackich romantyków autonomicznym, prawosławnym państwem czarnogórskim, które przetrwało, wysoko w górach, przez czterysta lat, podczas tureckiego panowania na Bałkanach. Zastanawiam się, czy Słowacy mogli wiedzieć o państwie mnichów na Athosie. Może byłaby to idealna forma państwowości dla działaczy, którzy   byli tak oddani sprawom narodowym, że postulowali życie w celibacie, a jedyny ratunek przed węgierskim nacjonalizmem widzieli w przyjęciu prawosławia i cyrylicy.
Wypływamy z malowniczego Ouranoupolis. Statek nie może zbliżać się do wybrzeży półwyspu, bo na pokładzie są kobiety. Gdybym była mężczyzną, mogłabym ubiegać się o pozwolenie na wjazd, ale nie jestem, więc mogę się tylko przyglądać i to z daleka. Mijamy mur, który oddziela tereny autonomicznego państewka od właściwej Grecji. Płyniemy obok Dafni, punktu granicznego, jedynej bramy, która prowadzi do Autonomicznej Republiki Góry Athos. Na brzegu widać budynki administracji granicznej, do których nie prowadzi żadna droga lądowa. Do zamkniętego państwa na greckim półwyspie można tylko dopłynąć. Morze, które z trzech stron obmywa półwysep, niczym potężna fosa oddziela teokratyczne państewko od świata. Obok naszego statku pojawiają się delfiny. Z zachwytu nad tymi pięknymi ssakami, które z łatwością unoszą się nad wodą, wyrywa mnie głos pilotki, kierujący uwagę pasażerów w stronę lądu, gdzie mijamy pierwsze zabudowania klasztorne. Możemy zobaczyć osiem, z dwudziestu głównych klasztorów, oraz pojedyncze zabudowania mieszkalne i gospodarcze. Niektóre klasztory wyglądają jak eklektyczne twierdze, inne jak misterna układanka z kolorowych klocków lub drewniane alpejskie gasthausy, które z wysoka przeglądają się w morskim lustrze, jeszcze inne jak włoskie castelli, małe kamienne miasteczka, przylepione do skał. Tylko rosyjski monastyr z zielonymi kopułami, wygląda, jak rosyjski monastyr.

Dla mnie najpiękniejsze są te, które położone są najbliżej wyrastającej z morza, świętej dla prawosławnych, góry Athos. Góra jest końcem państewka, wygląda jak oś łącząca niebo z ziemią. Cudownie niebieska, z oddali wręcz przeźroczysta, z bliska twarda i pewna, niczym przysłowiowy kamień węgielny. Ma 2300 m n.p.m. mniej więcej tyle, co Rysy, ale poprzez sąsiedztwo z karłowatym półwyspem, stwarza wrażenie znacznie wyższej. Dominuje nad krajobrazem i nad wyobraźnią. Dla wierzących może być wykrzyknikiem boskości, metaforą różnicy między niebem a ziemią. Zgadzam się, że piękno, wielkość i tajemnicza niedostępność tego szczytu może wprowadzać co najmniej w stan zadumy, uwielbienia.
Głos pilotki sprowadza mnie na ziemię. Słyszę, że zręby najstarszych klasztorów pochodzą z X w., że przez wieki były grabione, palone i odbudowywane, bo legendarne bogactwa przyciągały nieszczęścia. Dowiadujemy się o wielkich bibliotekach, cudownych ikonach, o relikwiach świętego Krzyża i wyliczanych, ze średniowieczną dokładnością, częściach wielu świętych.

święta góra Athos

Na półwyspie żyje ok. 2 tys. mnichów i 2 tys. świeckich rodzaju męskiego, czyli mężczyzn-studentów, którzy studiują na dwóch tutejszych uniwersytetach, mężczyzn-robotników, mężczyzn-rolników, uprawiających ziemie klasztorne i mężczyzn-turystów.
Z mitologii wiem, że dla niektórych greckich wysp, typowe były społeczeństwa jednorodzajowe, ale ich racje bytu można oceniać tylko z perspektywy literacko-mitologicznej. Zastanawiam się, jak w dzisiejszym świecie może wyglądać życie w państwie bez kobiet, gdzie zamiast o przyroście naturalnym, można mówić tylko o śmiertelności i nieśmiertelności? Dlaczego cały półwysep znalazł się za klauzulą? Czy gwarancją czystości ciała i myśli może być eliminacja kobiet nie tylko z najbliższej okolicy, ale i z horyzontu? Czy to dlatego, że kobieta jest bardziej grzeszna, bo Ewa zerwała jabłko? A jabłko to problem? Czy dlatego, że kobieta to ciało a mężczyzna to duch? Kobieta to zgiełk a mężczyzna to cisza? Przypomina mi się historia z czeskiego filmu, gdzie cesarz rzymski narodu niemieckiego, według Czechów, narodu czeskiego – Karol IV – próbował  zamknąć zamek Karlštejn, niedaleko Pragi, przed kobietami, aby w ciszy kontemplować relikwie świętych i oddawać się modlitwie, ale mu nie wyszło. To, co w Czechach nie mogło się udać, na Athosie trwa. Nie mogę tego ogarnąć, mnożą się pytania, tajemnica staje się wielowymiarowa. Kategoria czasu też jakby zaczynała tracić na ważności. Granice są niby ostre, ale i płynne. Lekkie kołysanie statku potęguje poczucie panta rei. A może to kwestia religii? Może ma to coś wspólnego z dziewiętnastowiecznym przeciwstawianiem religii prawosławnej i zacofanego, ale według ideologów, zdrowego i religijnego słowiańskiego świata, Zachodowi, utożsamianemu ze światem i świeckością. Bardziej rozwinięty Zachód, przedstawiano jako zgniły i zepsuty, od którego trzeba się odwrócić i odgrodzić. Czy w tym przypadku kobieta to grzeszność, bo kobieta to światowość, nowoczesność?
               Próbuję przyrównać Republikę Mnichów do Państwa Watykańskiego, ale nie mam co porównywać, bo o Watykanie wszyscy wszystko wiedzą. Wszyscy są ekspertami od Banku Watykańskiego i czerwonych butów papieża, bo Watykan jest otwarty, każdy możne wejść do bazylik, muzeów, zajrzeć w okna i każdy może sobie zabrać stamtąd to, co odpowiada poziomowi jego religijności, wiedzy, poczucia estetyki i kultury. A Athos to granica i tajemnica.
A może to namiastka czyśćca dla mężczyzn, próba pokory? Zawsze mnie oburzało, gdy widziałam, jak zakonnice, usługując księżom, w ciszy i pośpiechu, gotują, szorują i zmywają stosy naczyń w zlewach przypominających żłoby. A tutaj szorują, gotują, obierają i zmywają mężczyźni. Kobiety co prawda nie mogą być ich gośćmi, ale nie muszą im też służyć. Gdy nie ma kobiet, jest  mniej powodów, żeby się puszyć, nadymać, rywalizować.
Może to jednak przedsionek raju. Tylko księgi, pisma, filozofowie, kontemplacja, ikony, oświetlone woskowymi świecami, wspaniałe sanktuaria, nigdy niekończąca się liturgia. Przypuszczam, że z każdego miejsca na półwyspie widać świętą górę, która w świadomości mnichów, jak drabina ze snu Jakuba, łączy zielone wzgórza z niebem. Może tam faktycznie panuje tylko modlitwa i ascetyzm?

Wśród drzew, między wzgórzami pojawiają się fragmenty drogi i pojedyncze samochody. Terenowe. Na statku pijemy wodę z etykietkami Athos. Na wzgórzach widać gaje oliwne, winnice. Ktoś mówi, że na Athosie lubił spędzać czas były prezydent Ukrainy. Ja nie mogę oderwać oczu od potężnej góry. Góra i morze. Przypomina mi się Krym, Sudak, Jałta, teraz równie niedostępne, jak ta święta góra. Nie dziwi, że w 1912 r. Rosja chciała uczynić Athos terenem „neutralnym”, pod opieką krajów, w których dominuje prawosławie.
Gdybym na statku wypożyczyła lornetkę, może w gęstej zieleni zobaczyłabym coś więcej. A może nie, bo patrzę przez pryzmat własnej kultury, religii, tradycji, a tutaj potrzebny jest inny punkt odniesienia, którego ja nie mam. A może to tylko fatamorgana, halucynacja w wyniku upału, bo dlaczego, gdy zaczynamy się oddalać, góra znowu staje się przeźroczysta a wokół statku pojawiają się delfiny, niczym przewodnicy po dziwnej krainie wyobraźni.
Wracając z lotniska do domu, słyszę w radiowej „Jedynce”, że polscy wyznawcy prawosławia modlą się na św. Górze Grabarce wraz z mnichami z półwyspu Athos, którzy  przywieźli do Polski relikwię – dłoń św. Marii Magdaleny. A więc to jednak była prawda.

© Irena Bilińska

Alarm w szkole w Czarnej Górze

Alarm w szkole w Czarnej Górze

Córka przygotowuje się do kartkówki z pracy techniki. W zeszycie ma napisany wykaz czynności jakie należy wykonać podczas alarmu: zamknąć okna, ustawić się w parach, policzyć ilość osób, wybrać lidera, opuścić szkołę, itd.

Z albumu mojej mamy. Czarna Góra l. 50. XX w.

Przypomina mi się pewien alarm w jednej z moich podstawówek, w Czarnej Górze. W tamtym czasie mieszkałam u dziadków. Internetu nie było. Komórek też nie. Pisałam pamiętnik. Na kartki 60-kartkowego zeszytu przelewałam smutki, radości, wrażenia i fantacje.

Szukam informacji o tamtym alarmie. Znajduję datę 4 maja 1987 r. Czytam: tego dnia mieliśmy tylko 1 lekcję. Najpierw Jolka poczęstowała nas, ciastem ze śmietaną, gumą do żucia oraz  czekoladkami i pomarańczami. Jolka była najładniejsza w klasie i piekła pyszne ciasta. Powinna zostać miss szkoły, ale takich wyborów wówczas nie organizowano. Tamtego dnia miała pewnie urodziny. Czytam dalej: potem była biologia. Pod koniec lekcji rozległy się trzy krótkie dzwonki. Alarm. Nasza klasa uczyła się w bocznym skrzydle, obok biblioteki. Kiedyś tam uczyła się również moja mama. Jako najstarsi, sprawnie, bocznymi drzwiamu, opuściliśmy budynek. Nie wiem, czy mieliśmy lidera. Jeśli tak, to był nim pewnie Staszek, albo Zbyszek, bo lider to nie dziewczyna. Zresztą wówczas nie znaliśmy takiego słowa. To znaczy, że nie mieliśmy lidera. Ustawieni na boisku czekaliśmy na młodsze klasy, które opuszczały szkołę głównym wyjściem. Najpierw nikt nie wychodził. Potem zobaczyliśmy jak w naszym kierunku biegną maluchy z grabiami, koszykami, motykami, łopatami. Najmłodsi biegli z tornistrami. Któraś z młodszych klas źle zrozumiała pojęcie alarm i zamiast na boisko pobiegła do zabudowania gospodarczego, starej szopy, obok szkoły, w której znajdował się sprzęt do pracy w ogródku. Inni pobiegli za nimi. Chwilę trwało zanim nauczycielom udało się wyciągnąć uczniów z szopy, zmienić trasę biegu pozostałych i skierować wszystkich na boisko. Gdy wreszcie stanęli w dwuszeregu ci z motykami i grabiami oraz ci, tylko w mundurkach, przemówiła pani dyrektor. Nie zapisałam, co mówiła. Zarządziła powrót na lekcje. Powtórka alarmu już bardziej się udała.

Za nieudany alarm wszyscy musieliśmy do końca dnia pracować. Młodsi w ogródku, my starsi zbieraliśmy szklane i plastikowe butelki nad rzeką Białką.

 

Irena Bilińska

O mamie, córce i kwiatach

O mamie, córce i kwiatach

Zbliża się koniec maja a mój warszawski balkon ciągle świeci pustkami. Na barierkach wiszą puste donice po zeszłorocznych pelargoniach, które zmarzły zimą, ponieważ o nie nie zadbałam. Nie mam ani czasu, ani pomysłu, co zrobić z dużym balkonem. W środku też właściwie nie mamy kwiatów. Na oknach stoją storczyki. Nie dlatego, żeby mi się jakoś szczególnie podobały, ale dlatego, że nie są trujące dla kota.


       W mieszkaniach, w których mieszkaliśmy w ciągu ostatnich lat, zazwyczaj były jakieś kwiaty. Córka marzy o tym, żebym jej kupiła palmę, taką samą jaką mieliśmy na naszym rzymskim tarasie. Mieszkańcy Wiecznego Miasta ponoć dzielą się na tych, którzy mają tarasy i na tych, którzy ich nie mają. My mieliśmy olbrzymi, na 11 piętrze, z widokiem na pół Rzymu. Lubiliśmy siadywać na nim wieczorami, gdy robiło się trochę chłodniej. Z jednej strony od ciekawskich oczu sąsiadów oddzielały nas krzewy laurowe, których liście można było zrywać do potraw, z drugiej kaskady różowych kwiatów, jakie latem można spotkać na wielu rzymskich ogrodzeniach i domach. Gliniane donice stwarzały przyjemny, swojski nastrój. Rosło w nich mnóstwo różnorakich roślin, owocujące drzewka cytrynowe i pomarańczowe oraz piękna palma. Na zewnętrznej ścianie mieszkania był mały wizerunek Matki Boskiej, wykonany z wypalanej gliny. Wszystko dopasowane ze smakiem.

        Gdy szukaliśmy mieszkania we Lwowie wybraliśmy takie, w którym na parapecie okiennym w pięknej secesyjnej kamienicy rosła taka sama palma jak tamta w Rzymie. Oczywiście w środku. Mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze i miało wszystko, co potrzeba, oprócz tarasu. Z jednej strony był malutki balkonik, na którym rządziły gołębie. Nie mieliśmy z nimi żadnych szans. Z drugiej strony był widok na okna szpitala chorób skórnych i wenerycznych. Zanim wybucha wojna na wschodzie Ukrainy, w oknach można było zobaczyć sporo facetów, którzy albo palili albo suszyli bieliznę. Później wszyscy zniknęli. Okna świeciły pustkami.

          Podczas krótkiego pobytu w Bratysławie zatrzymuję się u znajomych, których mieszkanie tonie w zieleni. Na balkonie rośliny jednoroczne i wieloletnie, krzewy, kwiaty a nawet drzewo – sosna. Myślę o moim pustym balkonie, który jest wystarczająco duży, żeby pomieścić to, co oni mają. W głębi serca im zazdroszczę. Rośliny wymagają pielęgnacji a my ciągle gdzieś wyjeżdżaliśmy. Zastanawiam się, czy rośliny w domu są symbolem zakorzenienia? Czy skoro nie mam kwiatów to znaczy, że w Warszawie jeszcze się nie zakorzeniłam? Wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Warszawę lubię tak samo, jak wszystkie inne miasta, w których mieszkałam. Przeprowadzki nie stwarzały mi kłopotu. Z łatwością odnajdywałam się w nowych, nieznanych mi miastach. Teraz zastanawiam się nad moim pustym warszawski balkonem. Wyjeżdżając z Bratysławy mam w walizce pełno książek, ale na dworcu kupuję gazetkę Záhradkár z ukwieconą okładką. W pociągu zaczynam ją przeglądać i znajduję zdjęcia piwonii, goździków, mięty, fuksji, floksów. Wszystkie kiedyś miała moja Mama w rzepiskim ogródku. Kwiaty były jej wielką miłością.

         Mama nie widziała tamtych naszych mieszkań. Nie zdążyła. Myślę, że chyba już wiem, jak urządzić balkon. Pojadę na targ i kupię wszystkie kwiaty, które miała moja Mama. Czas się zakorzenić. Czas wrócić do korzeni. A dla Córki wreszcie kupię tę palmę, żeby jej przypominała rzymskie dzieciństwo.

Irena Bilińska

Kto ty jesteś?

Kto ty jesteś?

Moi dziadkowie, nie zmieniając miejsca zamieszkania, byli w ciągu swojego życia obywatelami trzech państw: Monarchii Austro-Węgierskiej, Rzeczypospolitej Polskiej, Państwa Słowackiego i znowu Polski.

Wjazd do Polski od strony Podspad

Wjazd do Polski od strony Podspad

Z piosenek dziecięcych pamiętam tylko dwie w języku węgierskim, których nauczył mnie dziadek Jakub. W młodości wszyscy dziadkowie, jako mieszkańcy Górnych Węgier, uczyli się w węgierskich szkołach. Dziadek Andrzej lubił opowiadać wnukom baśnie o czarownicach, skrzatach, rusałkach i czartach, które wcześniej przeczytał w grubej księdze słowackich baśni, ze zniszczonymi okładkami. Na studiach w Bratysławie odkryłam, że to były baśnie Pavla Dobšinskiego, jednego z najważniejszych twórców słowackiej literatury romantycznej.
U dziadków w Czarnej Górze przeważały książki słowackie, wyróżniały się wśród nich książeczki do modlitwy z pięknie inkrustowanymi okładkami, które prababka Maria przywiozła z Ameryki na początku XX wieku. Wśród świętych obrazków znajdowały się amerykańskie zdjęcia prababki i jej rodziny. Kobiety w kapeluszach i w długich sukniach, mężczyźni w garniturach. Zupełnie inny świat, obcy i pociągający, który nijak nie korespondował z rzeczywistością polsko-słowackiego pogranicza drugiej połowy dwudziestego wieku.
Po słowacku dziadkowie lubili słuchać koncertu życzeń. Po polsku słuchali Radia Wolna Europa i Głosu Ameryki z Waszyngtonu. Na ścianach wisiały obrazy świętych z napisami w języku polskim i rosyjskim. Na niektórych były adnotacje carskiego cenzora z końca XIX wieku o sprawdzeniu i dopuszczeniu do kultu. Do największych należała rycina przedstawiająca legendę o porwaniu obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej przez husytów.
W okresie międzywojennym, gdy Czarna Góra znalazła się w granicach II Rzeczypospolitej, dziadek był właścicielem młyna, tartaku i folusza. Podczas II wojny światowej Czarna Góra stała się graniczną miejscowością tisowskiej Słowacji. Na Podhalu tworzyły się struktury Goralenvolku. Dziadek mielił zboże dla swoich i dla Polaków – górali z Białki i Bukowiny Tatrzańskiej, którzy przekraczali granicę na rzece, bo głód był większy niż strach. Znał wszystkich. Przyjmował uciekinierów z okupowanej Polski. Przez dwa tygodnie w piwnicach młynu ukrywał Kurasia zwanego „Ogniem“, wraz z jego 10 towarzyszami. Bezpiecznie nie było. Dziadek postanowił opuścić pogranicze i przeprowadzić się z całą rodziną w głąb Słowacji. Nabył majątki w Lubicy. Po zakończeniu wojny Czarna Góra znowu znalazła się w Polsce. Majątki na Słowacji przepadły, podobnie jak pieniądze w banku w Spiskiej Nowej Wsi. Tartak spłonął a młyn zniszczyła powódź. Ludzie Ognia przyszli jeszcze raz. W domu zastali tylko babcię z małymi dziećmi. Zabrali konia i zapasy mięsa. Dziadek chciał odzyskać, co jego, ale dostał ostrzeżenie, że jeśli nie odpuści, to go zabiją. Odpuścił. Gdy byłam dzieckiem opowieściom o „Ogniu“ nie było końca. Jego duch pojawiał się na ślubach, weselach, stypach. Na Spiszu stał się uosobieniem wrogości Polaków i państwa polskiego do Słowaków. Spiszacy nie wiedzieli, że dla Polaków stanie się bohaterem. Gdy postawiono mu pomnik w Zakopanem, słowaccy historycy pytali mnie, jak to możliwe, że jest czczony jako bohater skoro mordował Słowaków. Gdy zapytałam o to historyka z polskiego IPN-u, odpowiedział, że dlatego że byli obywatelami faszystowskiego państwa ks. Tiso.
Rzepiska, miejscowość moich drugich dziadków, stały się po II wojnie światowej pograniczem państwa polskiego. W domu dziadków szczególnie czczony był obraz Matki Boskiej Lewockiej (ze słowackiego miasteczka Levoča). Wśród książek dominowały tzw. książki doktorskie dziadka Jakuba, w języku polskim. Na ich podstawie dziadek przyrządzał ziołowe medykamenty, którymi leczył rodzinę, w przypadkach, gdy nie pomagała święcona woda. Było też sporo słowackich książek religijnych i teologicznych, które należały do brata mojego taty, księdza Józka. Ks. Józek był największym Słowakiem w rodzinie. Zapamiętałam jak mówił, że Spisz należał do Słowacji przez 900 lat. Gdy przyjeżdżał do dziadków, ze swojej polskiej parafii, codziennie rano o godz. 9.00 odprawiał w domu mszę świętą. Zawsze w języku słowackim. Wydawało mi się to bardzo tajemnicze. Babcia nakrywała stół białym obrusem. Stryj wyciągał z czarnej teczki kielich, hostię i wino. Kobiety rozstawiały kilka krzeseł. Nie przypominam sobie, żeby w modlitwach uczestniczył jakiś mężczyzna. Za to pamiętam, jak mówiono, że nie powinien odprawiać mszy w domu, tylko w kościele. On jednak nie chciał się modlić w rzepiskim kościele po polsku, wolał w domu po słowacku. Nikt w rodzinie nie wspierał go w tym przekonaniu, tylko dziadkowie tolerowali jego upór. Mój tato nie był aż tak zdecydowanym Słowakiem, lubił powtarzać, że miał pradziadka Polaka. Dla rodziny to jednak nie była chlubna historia, ponieważ owym pradziadkiem był sługa z Białki, który pozostawił córce gospodarzy nieślubne dziecko.
Historiami kobiet nikt się nie zajmował. Ważniejsze były historie mężczyzn. Pradziadek Jakub był podczas I wojny światowej żołnierzem armii austro-węgierskiej. Siedem lat przeżył w niewoli sowieckiej na Syberii. Jego synowie Józek i Andrzej, bracia babci, zostali podczas II wojny światowej wcieleni do armii Słowackiego Państwa ks. Tiso. Józek walczył po stronie niemieckiej na froncie włoskim. Zmarł na południu Włoch na zawał lub udar, po tym, jak przejechał 40 km na rowerze, wracając od włoskiej dziewczyny. Andrzej, podobnie jak ojciec Jakub, trafił na front wschodni, do niewoli sowieckiej. Przeżył i wrócił. Po wojnie, w nowym państwie polskim, nie chwalił się do jakiej armii należał, wszyscy wiedzieli, wielu takich było. Dla nich to było naturalne, że służyli w ramach słowackich formacji.
Jako Polacy najszybciej zdeklarowali się ci, którzy zaraz po wojnie nawiązali współpracę z nowymi polskimi władzami. Najczęściej byli to radni, sołtysowie, którzy mieli rozdzielać wśród mieszkańców dary z amerykańskiego programu pomocowego UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy). Dzięki temu w trudnym czasie, po zakończeniu wojny, mieli zapasy mąki, kukurydzy i materiał na spodnie dla dzieci. Niektórym zaczęło się lepiej powodzić w zamian za to, że nowym władzom dostarczali informacje o sąsiadach. Oporniejsi pod względem narodowościowym mieli niespodziewane wizyty wopistów (WOP, Wojska Obrony Pogranicza) i większe podatki niż wynikało to z posiadanego majątku.
Najmłodsze dzieci, ze względu na brak polskich nauczycieli, nawet po wojnie, uczyły się po słowacku. Starsze mieszkały w Jurgowie w internacie, gdzie uczyły się języka polskiego i rosyjskiego. Jeszcze dzisiaj z rozrzewnieniem wspominają, że w internacie nie trzeba było pracować i byli karmieni dużo lepiej niż w domu. W efekcie państwu przybywało przekonanych obywateli, którzy odrzucili strój spiski i w najbardziej wysuniętej w stronę granicy ze Słowacją wsi, zaczęli nosić strój polski, czyli górali podhalańskich. Podhalańczycy patrzyli na nich z góry i wyśmiewali, że nie potrafią nosić się jak prawdziwi górale, ale im to nie przeszkadzało. Czuli się dowartościowani. Tylko na potańcówkach regularnie dochodziło do awantur i bijatyk pomiędzy Polakami a Spiszakami/Słowakami. Niejeden wracał do domu zakrwawiony.
W rzepiskim kościele msze święte odprawiane były tylko po polsku, ale jeszcze pod koniec XX wieku śpiewano słowackie pieśni maryjne, kolędy i obowiązkowo na każdym pogrzebie, pieśń, mrożącą krew w moich dziecięcych żyłach, Už idem do hrobu (Już idę do grobu). Wyznacznikiem przynależności narodowościowej stało się jedno słowo z modlitwy Ojcze nasz, dotyczące odpuszczania win. Ci, którzy uważali się za Polaków mówili, że odpuszczają swoim winowajcom. Ci, którzy uważali się za Słowaków mówili, że odpuszczają vinníkom a reszta, czyli uważający się za miejscowych, odpuszczała winowatym. Gdy w nabożeństwie zbliżał się ten moment, w kościele robiło się ciszej. Wszyscy nasłuchiwali, co kto powie, żeby to później wykorzystać jako niezbity argument w niekończących się kłótniach, o to kto za kogo się uważa.
Na weselach też śpiewano po słowacku o młynarzu, któremu woda zabrała młyn wraz z jego ukochaną oraz o leśniczym i sarnie, która była zaczarowaną panną. Były tak samo popularne jak Szła dzieweczka do laseczka. Pod koniec lat osiemdziesiątych, zaczęło wymierać pokolenie, które znało je od dziecka. Dla młodszych stały się obciachowe. Sam język słowacki był obciachowy. Nie wiadomo było komu wierzyć, jak to było z tą Słowacją. Jedni mówili, że Spisz był zawsze polski, inni, że zawsze słowacki. To, co polskie było bardziej pociągające. Polska imponowała kulturą, historią, była wszędzie. Słowacja kojarzyła się z niewyjaśnionymi sporami i jako państwo wcale nie była przyjazna. Samo określenie Spiszak było nacechowane negatywnie. Spiszak był kimś zdecydowanie gorszym niż Polak. Wstyd się było do tego przyznać. Nawet jeśli wśród dzieci nie było na ten temat dyskusji, atmosfera była wyraźnie odczuwalna. Tylko ciasta: niedźwiedzie łapki (kokosanki), medowniki (pierniki), lodowe (czeskie ciasto), rumowe i inne, przygotowywane według słowackich przepisów, wszystkim smakowały tak samo.
Ważnym punktem odniesienia, kształtującym nastawienie mieszkańców przygranicznych miejscowości do Słowacji, była granica państwowa. Wzdłuż granicy ciągnął się pas zaoranej ziemi, którego w dzień pilnowali wopiści. W nocy kontrolę nad granicą przejmowali przemytnicy koni. Wiadomo było, że jeśli koń dotrze do słowackiej wsi Lendak, żadna straż go już nie znajdzie. Wieś ta miała wówczas bardzo złą sławę. Jej mieszkańcy jako jedyni w Czechosłowacji sprzeciwili się kolektywizacji. Nawet ówczesna policja czuła przed nimi respekt.
Rzepiska graniczyły również ze słowacką greckokatolicką Osturnią. Z perspektywy Rzepisk Osturnia była miejscem odciętym od świata, ostoją zabobonu, biedy i zacofania. Do Osturni, poza przemytnikami, nie jeździł nikt. Tylko najstarsi pamiętali, jak Rusini, nazywani Rusnakami, nosili zimą na plecach worki ze zbożem przez lasy, żeby je zmielić w Jurgowie na mąkę, na chleb. Niektórzy padali z wycieńczenia i zamarzali w śniegu. Świadomość, że byli biedniejsi a przede wszystkim różnili się pod względem religijnym, powodowała, że określenie Rusnak jeszcze dziś funkcjonuje jako synonim ciemnoty, zacofania i głupoty.

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Wjazd na Słowację od strony Jurgowa

Granica ze Słowacją była także granicą z Podspadami i Jaworzyną. Podspady to mały przysiółek, tuż za przejściem granicznym Jurgów-Podspady, z kilkoma zabudowaniami mieszkalnymi dla pracowników TANAP-u (Tatranský Národný Park, Tatrzański Park Narodowy), sklepem i karczmą. Tutaj codziennie rano i wieczorem gromadzili się Słowacy/Spiszacy z Polski, którzy posiadali tzw. przepustki gospodarcze. Gospodarcze, ponieważ pierwotnie mogli się o nie ubiegać tylko ci, których majątki (polany górskie, lasy) znalazły się po II wojnie światowej po słowackiej stronie granicy. Majątków nie odzyskali, zamiast tego mogli się legalnie zatrudnić w parku tatrzańskim jako pracownicy leśni. W Polsce trudno było wówczas o pracę, dlatego całe rodziny, mężczyźni i kobiety, ubiegały się o zatrudnienie na Słowacji. Dowozili ich słowaccy kierowcy, którzy codziennie rano i wieczorem, autobusami lub wojskowymi samochodami, przyjeżdżali do przygranicznych miejscowości na terenie Polski. Dla miejscowych Słowaków byli „bohovými Poliakami“ (przeklętymi Polakami). Nie traktowano ich jako Słowaków, którzy, nie z własnej woli, pozostali po polskiej stronie granicy. Wypominano im, że Polacy w listopadzie 1938 r. zajęli Tatrzańską Jaworzynę i cieszono się, że jeszcze szybciej zostali stamtąd wypędzeni. Generalnie, Polaków kojarzono z kradzieżami. Gdy rano szli do pracy, wielokrotnie słyszeli, jak miejscowi mówią, uważajcie Polacy idą. Dla urzędników TANAP-u spiscy obywatele Polski stanowili bardzo wygodnych pracowników, w szczególności do wycinki drzew na obszarach, które państwo po wojnie znacjonalizowało prywatnym właścicielom. Jeszcze w latach sześćdziesiątych zdarzało się, że napadali na nich miejscowi, którzy nie mogli pogodzić się z nacjonalizacją swoich lasów.
Pracy w lesie towarzyszyły również pewne urozmaicenia. Gdy w Dolinie Pod Muraniem kręcone były filmy czechosłowackie, pomagali w pracach budowlanych, porządkowych, żartowali z reżyserami i gwiazdami ówczesnego kina, których nie znali ani z filmów, ani z nazwiska. Z nazwiska zapamiętali za to Vasyla Biľaka. Nieraz przygotowywali dla niego ścieżki, gdy przyjeżdżał na polowanie. Pomagali przy budowie hotelu Polana, przeznaczonego na tajne spotkania przedstawicieli Układu Warszawskiego. Olbrzymi, nowoczesny gmach, sąsiadujący z małym, drewnianym myśliwskim zameczkiem pruskiego księcia Christiana Krafta Hohenlohe, ostatniego prywatnego właściciela tatrzańskich rewirów, miał symbolizować potęgę komunistycznego ustroju wobec burżuazyjnej przeszłości. Najważniejszym gościem tatrzańskich lasów, z którym spotkali się tatrzańscy drwale, był Fidel Castro. Do dziś wspominają uścisk jego wielkiej dłoni i alkohol, który im podarował za to, że specjalnie dla niego wydeptali w śniegu chodniki, dzięki którym mógł upolować kozicę. Do obowiązków pracowników z polskiego Spisza należało również kopanie grobów dla mieszkańców Tatrzańskiej Jaworzyny. Czasami znosili z gór szczątki taterników, którzy ginęli zdobywając zdradliwe tatrzańskie szczyty. Uczestniczyli również w corocznym balsamowaniu zwłok księcia Hohenlohe i jego żony Otylii Lubraniec Dąbskiej, o której, wbrew komunistycznej propagandzie, miejscowi do dziś opowiadają, że pomagała wdowom i była ludzką panią.
Codzienne wyjazdy za granicę były nie tylko źródłem utrzymania dla około trzystu osób, ale również sposobem zaopatrywania się w różne artykuły. W latach siedemdziesiątych kupowano złote kolczyki dla dziewczynek i ubranka dla dzieci. Za 100 koron można było ubrać dziecko od stóp do głów. Podczas stanu wojennego przywożono podstawowe artykuły spożywcze (mąka, cukier, wędliny, alkohol) i higieniczne (wata, podpaski, papier toaletowy). W związku z tym, że w Polsce w tym czasie brakowało wszystkiego, Słowacy wprowadzili bardzo restrykcyjne obostrzenia, dotyczące ilości podstawowych produktów żywnościowych, które można było przewieźć przez granicę w ciągu miesiąca. Dla spiskich pracowników z Polski było to bardzo upokarzające. Tym bardziej, że mieli świadomość tego, że dla celników, przejście graniczne stało się państwem w państwie. Pilnujący i rewidujący urzędnicy, polscy i słowaccy, stworzyli własny system wymiany dóbr. Do Polski przemycano cytryny, kaszę mannę, cukierki arachidowe. Z Polski ubrania, kolorowe przeszywane złotymi nićmi chusty tureckie, kożuchy. Wszyscy wiedzieli, co komu wolno.
Dla ruchu turystycznego służyło przejście Łysa Polana – Tatranská Javorina. W dzieciństwie przekraczałam je kilka razy z mamą i siostrą. W pewnym okresie wymagano, żebyśmy wszystkie trzy były razem na standardowym paszportowym zdjęciu 35 x 45 mm. Przejście graniczne zawsze było puste. Mama przedstawiała dokumenty i zaproszenie. Sprawdzanie dokumentów odbywało się w ciszy i z wielką powagą. Za każdym razem bałam się, czy nas wpuszczą, czy nie. Słowaccy celnicy wydawali mi się groźniejsi od polskich, bo mówili po słowacku. Po przekroczeniu granicy przechodziłyśmy przez most na rzece Białce i mijając, dziś opuszczoną, placówkę słowackiej straży granicznej, dochodziłyśmy do przystanku. Zdarzało się, że czekałyśmy na autobus w leśniczówce u pani Horskiej (Górskiej). Pani Horská była żoną miejscowego gajowego, zawsze energiczna, uśmiechnięta, bardzo dużo mówiła. Największe wrażenie robiła na mnie niezliczona ilość poroża jeleni i jelonków, którą mieli w domu. Z poroża był żyrandol nad kuchennym stołem, wieszaki, ozdoby na półkach. Na wszystkich ścianach wisiały mniejsze, większe i olbrzymie rogi, osadzone na białych czaszkach z pustymi oczodołami. Gajowy był myśliwym. Do Tatrzańskiej Jaworzyny zazwyczaj jeździłyśmy latem, na imieniny cioci Anny 26 lipca. Tego dnia w jaworzyńskim katolickim kościółku, którego fundatorem był ewangelik, książę Hohenlohe, odbywał się odpust. Nie lubiłam tego odpustu, wydawał mi się bardzo mało uroczysty, pustki w kościele, żadnych straganów. Mieszkańcy tej górskiej miejscowości, poza kilkoma rodzinami, uważali się za komunistów i nie chodzili do kościoła. Ci, którzy nie uważali się do końca za komunistów też nie chodzili, ponieważ nie chcieli stracić pracy, niszczyć dzieciom przyszłości.
Podróż na Słowację w latach 80-tych była dla mnie wyjazdem do nieprzyjaznego kraju. Nie czułam z nim żadnego powinowactwa, wręcz przeciwnie. Wszystko wydawało mi się obce i wrogie. Nieprzyjemna granica i wszechobecni komuniści. Z tamtego czasu zapamiętałam trzy słowa: „strana” (partia), „žandár“ (milicjant) i „klid“. Nawet na pograniczu z Polską w języku słowackim królowało czeskie słowo „klid”, oznaczające w tamtych czasach spokój, ciszę, ład, i porządek, jak również opanowanie i podporządkowanie. Słowacy spoglądali na pogrążoną w strajkach a następnie stanie wojennym Polskę jako na uosobienie chaosu i bałaganu. Nie współczuli, raczej wyśmiewali się z polskich kolejek. Porównanie „stoją jak w Polsce po mięso” weszło do powszechnego obiegu. Podporządkowani i wierzący w opiekuńcza rolę partii pilnowali swojego dostatku i porządku. Ludność przygranicznych miejscowości coraz bardziej odwracała się od siebie i stawała się dla siebie coraz bardziej obca.
Z tego okresu jednak zachowałam w pamięci kilka wydarzeń, które wówczas zrobiły na mnie duże wrażenie. Pamiętam zwiedzanie pięknej krasowej Jaskini Bielskiej (Belianska jaskyňa) i Muzeum Tatrzańskiego (Múzeum Tatranského národného parku) z wypchanymi niedźwiedziami i kozicami w Tatrzańskiej Łomnicy (Tatranská Lomnica). W latach osiemdziesiątych, gdy w Polsce niewiele można było nabyć, lubiłam robić zakupy w wyposażonym dla zagranicznych, głównie niemieckich turystów, domu towarowym w Starym Smokowcu (Starý Smokovec). Do dziś pamiętam, jak w sklepie samoobsługowym bez opamiętania wrzucałyśmy z siostrą słodycze do koszyka, gdy w Polsce wszystko było na kartki. Innym razem mama kupiła mi piękną lalkę w zdziarskim (od miejscowości Ždiar) stroju ludowym. Wszystko miała piękne i oczy i rzęsy i wiele spódnic i falbanek i koronek, ale mnie się nie podobała, bo pod strojami miała piersi jak dorosła kobieta. To nie była lalka dla dzieci, lecz suwenir dla niemieckich turystów. Ulubioną miejscowością turystów z NRD był właśnie Ždiar, przez Słowaków z innych regionów złośliwie nazywany „Trabantowo”.
Gdy zaczęłam się uczyć niemieckiego, zaczęłam wysupływać ze spiskiej gwary niemieckie słowa: „holstuch” (Halstuch, apaszka), „bigel” (Bügeleisen, żelazko), „zurik” (zurück, z powrotem) i inne. Poprzez te wyrazy odkrywałam wcześniejszą jedność polskiego Spisza ze słowackim.
Dzięki rodzinnym korzeniom mogłam wyjechać na studia do Bratysławy, która na piętnaście lat stała się dla mnie drugim domem. Tylko, że to już były inne czasy, kiedy Polska stała się dla Słowaków liderem reform i wzorem do naśladowania. Dla słowackich znajomych zawsze byłam Polką. Spisz i spiscy Słowacy niewiele ich interesowali. Z perspektywy Bratysławy ocena Polski i Polaków była zupełnie inna niż z perspektywy pogranicznych miejscowości, które pomimo masowego przepływu turystów i towarów, bardzo powoli odbudowywały wzajemne zaufanie i otwartość na sąsiadów z drugiej strony granicy.
Irena Bilińska

Tekst został opublikowany w czasopiśmie: „Zupełnie inny świat”, nr 22, 2016, s. 11 – 14.

Obrotne i dziadule

W Rzepiskach kobiety dzieliły się na obrotne i na dziadule. Żeby być dziadulą wystarczyło być obcą. Z innej wsi. Z innymi nawykami. Robić coś inaczej lub wolniej. Na uznanie zasługiwał pośpiech. Przy jedzeniu, przy pracy, w miłości, w seksie, przy porodzie, w połogu. Bo „jak kto robi tak i jy”, bo zaleje albo zakurzy, albo sąsiedzi wyśmieją. A to było gorsze niż wszystkie żywioły.

Kobieta miała być obrotno. Miała się spieszyć. Wcześnie wstawać, nanosić wody, wydoić krowy, nakarmić świnie, zamieść dom, oporządzić gospodarstwo, ugotować ziemniaki, zrobić moskole, utkać sukno, uszyć spodnie dla dzieci. Gdy nie była dość szybka, słyszała od teściowej, że pozdychają, jeśli nie zacznie się ruszać. Gdy chciała utulić dziecko, słyszała, że ani wysrać się nie zdąży, jeśli będzie przy nim na każde zawołanie. Dziecko mogło płakać, nie miało innej roboty. Starsze miały pilnować, żeby młodsze nie przeszkadzały. Bo jak nie, każdy wiedział. Na tłumaczenie nie było czasu. Krzyki i bicie. Bo „porządek musi być”. Wychowanym dzieckiem było wystraszone dziecko. Każdy mógł mu przyłożyć. Gdy uderzyło w okno kamieniem, odpowiedziało nie tak jak trzeba, nie dość szybko zrozumiało, nie pochwaliło Boga. Głównymi metodami wychowawczymi była szorstkość matki i ciężka ręka ojca. W Rzepiskach ważniejsze było wykarmić niż przytulić. Matczyną miłość zagłuszał pośpiech, praca, ból, krew, porody i kobieca samotność. Chłopów nie interesowały babskie sprawy. Co to byłby za chłop, który by się babskimi sprawami zajmował. A baby były dla siebie złe. Gdy córka została w domu mogła liczyć na pomoc matki, ale mało kto chciał iść za przystaca. Chyba, że była jedynicą i miała dużo pola. Wtedy zięć stawał się celem rodzinnej złości. Bo złość była zawsze. Plotki, przekleństwa, wyzwiska, agresja. Nikogo nie raziły. Może tylko dziadule, które ssały inne mleko, w innej wsi lub pobożne babki, które nie rozstawały się z różańcem w oczekiwaniu na śmierć. W Rzepiskach każde dziecko dostawało taką dawkę złości, że w dorosłości stawało się na nie odporne. Ani jej nie zauważało, ani nie wyczuwało. Złość była jak pancerz ochronny. Złość wytyczała kierunki działania, gwarantowała przetrwanie i hartowała. Złość chłopów na baby i bab na chłopów. Teściów na niewiasty i niewiast na teściów. Jak pajęczyna zasnuwała wszystkie kąty chałup. Przyklejała się do pierzyn, przewożonych w posagu. Jednym dawała całą władzę, inne pozbawiała wszystkiego. Zwłaszcza synowe, czyli niewiasty. Miały rodzić i pracować, pracować i rodzić. Gdy siostra dziadka zachorowała na raka piersi, teściowie wypędzili ją z domu. Bo okłamali, bo dali chorą, bo rana śmierdziała, bo po co taka dziadula, w honorowej rodzinie? Młoda i chora. Takiej nikt nie potrzebował. Chorować mogli starzy. Zasłużyli sobie na leżenie. Ale chora niewiasta u teściów. Takiego wstydu nie mogli znieść. W domu też nie była potrzebna, tam gazdował już kto inny. Gdy zmarła, wszystkim ulżyło. Tylko dzieci płakały. Najmłodszy Władek, dopiero teraz mógł się do niej spokojnie przytulić. Mama już się nie spieszyła. Długo szukali, zanim go znaleźli pod pachą zmarłej. Zapamiętał do końca życia, że mógł się do matki przytulić.
Gdy w innej rodzinie pochowano dziadulę, wieczorami kołyska sama się kołysała. Mówiono, że to matka wraca, żeby uśpić najmłodsze dziecko. Ale z duchem nikt nie chciał mieszkać. Domownicy krzyczeli, żeby wróciła tam, skąd przyszła. Na zawsze. Więc odeszła.

Złość nie opuszczała ani tych, które nie wyszły za mąż i zostały starymi ciotkami. Do pilnowania nie swoich dzieci i do pracy. Popychanie z kąta w kąt, wyśmiewane. Dziadule. Co rano zakładały zamarznięte gumowce, żeby oporządzić dobytek. Na wszystko musiały sobie zasłużyć, na jedzenie, na ciepły kąt. Na garnuszku brata i bratowej. Zawsze przeszkadzały. Gorzej miały tylko przespanice. Prababka Ulianka była córką przespanice. W rodzinie pozostała wiedza, że zrobił ją sługa z Białki. Zrobił, bo bez ślubu. Bo nie wolno. Bo jej nie wolno było. A może nikt jej nie powiedział i dowiedziała się dopiero, gdy przyniosła hańbę rodzinie. Albo to była niespełniona miłość, bo nazwała córkę Ulianka, czyli Julia. Ale skąd by znała Szekspira? Raczej nawet nie czytała.
Perspektywa pozostania nikomu niepotrzebną ciotką lub przespanicą była straszna. Lepiej było być przeklinaną, wyzywaną, ale wydaną. Rodzina robiła wszystko, żeby kogoś namówić. Żeby córki się wydały. A potem wszystkie miały tak samo. Marna I pochowała kilkoro dzieci. Gdy już była stara zastanawiała się, czy w małżeństwie nie było by lepiej bez seksu, bo te porody są takie straszne i to chowanie zmarłych dzieci. Sąsiedzi ją oskarżali, że sama była winna ich śmierci. Że skakała z grapy, żeby poronić. Bogobojna sąsiadka, zaklinała się, że gdy szła drogą słyszała płacz niemowlęcia a gdy weszła do ich domu, już nie żyło. Jaka była prawda? Kogo to obchodziło. Wszyscy wierzyli sąsiadce. A ona? Jej ból, strach, emocje, psychika? Jaka psychika? Jakie emocje? W Rzepiskach nie było czasu ani na psychikę, ani na emocje. Tylko powtarzano, że miałaby się dobrze wyspowiadać. A oni? Oni nie mieli z czego. Że plotkowali, obmawiali, oskarżali. Co to za obmawianie, wszyscy słyszeli, co sąsiadka mówiła. A on? Jeździł do Miasta po białą trumienkę i chował dzieci, tak jak inni, bo wszystkim umierały. Był pracowity. Wychowany na chłopa, nie na dziadę. W pośpiechu, krzykiem, biciem. Co mógł dać swojej babie? To, co sam dostał. Jeden przeklinał, drugi wyzywał, trzeci bił. Wyzwiska? Jakie wyzwiska? Wszyscy ich używali. Były jak kod genetyczny. Nie do przezwyciężenia.
Nie każda była bita. Bitych nawet żałowano, ale nikt im nie pomagał. Bo, choć wszyscy o wszystkim wiedzieli, bardziej niż dziesięciu przykazań, przestrzegano jedenastego: „Nie miysoj sie”. Czasami brat bitej przychodził, żeby porozmawiać ze szwagrem, ale słyszał: „nie miysoj sie”. Sąsiedzi byli chętni do pomocy, gdy krowa się cieliła, gdy koń chorował, gdy ktoś zmarł, ale gdy chłop bił babę, nikt nie reagował.
Marnę II mąż chwytał za włosy i uderzał jej głową o ścianę. Aż ogłuchła. Całe życie była z nim. We wszystkim mu pomagała. Cicha i szybka. Szybko mówiła, szybko się poruszała, szybko jej oczy biegały. Nigdy się nie skarżyła. Jak sarna, wiecznie spłoszona. Dopielęgnowała go do śmierci. Pochowała. Wytrzymała. Gdzie miała pójść. Rodzice mówili, że skoro się wydała, to ma siedzieć z chłopem. Nawet gdyby miała gdzie pójść, bała się, że przyjdzie w nocy, spali, zabije. Bała się, wszystkiego. Całe życie się bała. Najpierw ojca, potem męża.
Gdy, Marna III odeszła od chłopa. Dla wszystkich stała się kurwą. Bo zostawiła dobrego chłopa, który miał fach w ręku. A że pił? No to co. A że uratowała siebie i dzieci? Głupia kurwa. W Rzepiskach największą cnotą było wytrzymać. Przetrzymać wyzwiska, bicie, strach. W odrętwieniu trwać i nie wynosić z domu, bo nie wolno „srać do swojego gniozda”.Choć i tak wszyscy wiedzieli.
Maryna IV urodziła siódme dziecko Pod Zadnim Wiyrym. Rano wstała jak zwykle o piątej, żeby ugotować ziemniaki, zrobić moskole na cały dzień, przygotować sześcioro dzieci. Z wielkim brzuchem usiadła na zeleźnioku, który niemiłosiernie trząsł. Dojechali na najdalsze pole. Grabili owies. Brzuch bolał. Dzieci biegały. Trzeba było zdążyć do wieczora. Gdy to na nią przyszło, weszła do lasu, żeby dzieci nie widziały. Kucnęła. Wiedziała, co ma robić. bo to siódmy poród. Nożem obcięła pępowinę. Poczekała na łożysko. Oparła się o drzewo, żeby odpocząć. Niemowlę zawinęła w koszulę. Kawałkiem szmaty zatamowała ranę. Nie było czasu na wielogodzinne przeżywanie porodu i połogu. Trzeba było rodzić w trakcie. Poród nie mógł przerwać pracy, bo praca dawała szansę na przeżycie. A poród nie zawsze. Niemowlę nie mogło wymusić swoim przyjściem szybszego powrotu do domu. Z tak dalekiego zagona. Kto by tam szedł następnego dnia. Wieczorem Kuba położył Marynę z noworodkiem na wozie, obok gromadki dzieci. Zeleźniok trząsł się i podskakiwał. Dla dzieci to była frajda. Dla matki ryzyko krwotoku, ale gdyby szła 3 km na piechotę jeszcze szybciej by się wykrwawiła. W domu położyła się pod pierzynę. Sąsiedzi przynieśli buteleczkę alkoholu, żeby piła, żeby jej się krew przeczyściła. Gdy wypiła mocno zasnęła. Niejedna zmarła leżąc z zapaloną raną pod pierzyną. Gdzie się miała podmyć, w tej miednicy, w której wszyscy rano myli twarze? Teściowa wiadra nie chciała pożyczyć. Ona przeżyła bo nie leżała, bo musiała wstać do dzieci. Za dwa tygodnie znowu pojechali na zeleźnioku Pod Zadni Wiyr kopać ziemniaki, motykami. Gdy dwutygodniowy Franek był siny z zimna, przykładała, go do piersi, żeby possał i się ogrzał. Potem kopała dalej. Na świecie była wielka wojna. Wiedziała o niej, bo jej braci zabrali. Ona walczyła na swoim polu. Urodziła dziesięcioro dzieci. Siedem i pół roku była z nimi w ciąży. Z mężem, którego jej namówili, choć kochała innego. Tamten też ją kochał. Gdy wyszła za Kubę, podpuszczał sąsiada, żeby im utrudniał życie. I utrudniał. Przez wiele lat trwały sądy o miedzę. Jak mogła kochać swoje dzieci.
Marna V wracała w deszczu z kobietami z odpustu. Parasolek nie miały, tylko zarzuciły na głowy wełniane odziywacki. Przemoczone zrobiły się ciężkie. Gdy przestało padać wzięła kilka mokrych chust od staruszek, żeby im ulżyć. Jej też było ciężko, ale była młoda, silna. W domu poczuła ból w brzuchu. Wyszło z niej coś wielkości dłoni. Zagrzebała to w ogródku pod oknem. Nikomu nic nie powiedziała. W nocy przyśniła jej się Matka Boska, która kazała jej to zanieść na cmentarz. Zawinęła w chusteczkę i zakopała na grobie babci. Dopiero przed śmiercią zaczęła o tym opowiadać. Wiele razy. Bała się, jak będzie sądzona.
Gdy mała Hanusia powiedziała w szkole, że tato rano obiera ziemniaki, cała wieś się z niego śmiała, że robi babską robotę. A on tylko kochał swoją żonę i chciał jej pomóc, bo mieli dużo dzieci. Wszystkie by tak chciały, ale nie miały, więc go wyśmiewały, co to za dziad, że da babie sobą rządzić.
Na krańcu świata, na granicy wytrzymałości, kobieta musiała sobie na wszystko zasłużyć. Zasłużyła, gdy wytrzymała. Bo gdy wychodziła za mąż słyszała, że „wszystko przetrzyma, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję”.
A godność? Jaka godność.

© Irena Bilińska

p.s.
Wszystkie imiona są fikcyjne.

Urywki tego wpisu zostały opublikowane w książce L. Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza, Kraków, WL 2017, s. 391 – 393.